Dziś Dzień Ochrony Danych Osobowych. Informuje o tym nawet GIODO, swoim specjalnym wyskakującym okienkiem. Wspaniale. GIODO – zupełnie jak Rzecznik Praw Obywatelskich powinien w końcu byc naszym sprzymierzeńcem. A czy jest nim tak samo mizernie jak wspomniany RPO?

Prawdę mówiąc nie wiem. I nie o tym konkretnie chciałbym pisać. Chciałbym zastanowić się generalnie nad całym zjawiskiem ochrony danych osobowych, strachem przed ich ujawnianiem i fobią narosłą wokół tematu. Może niektórych spraw po prostu nie rozumiem, jeśli tak – wyprowadźcie mnie z błędu.

Dawno, dawno temu, na klatkach w blokach wisiały listy lokatorów. Dla mnie była to idealna sprawa – moja cyfrowa skleroza powodowała (i powoduje nadal) że zapominałem zawsze numer mieszkania nie mówiąc już o piętrze. Jedno zerknięcie na listę i sprawa się rozwiązywała. Niestety dziś na próżno ich tam szukać. Ochrona danych osobowych. Jakich danych? Dlaczego?

W Szwajcarii gdzie, obecnie mieszkam, każdy dom podpisany jest nazwiskiem. Widnieje ono na każdym domofonie, widnieje na skrzynce na listy przed każdym domem. Czasem podawane sa nawet inicjały imienia! Straszne.

Straszne jest także to, że domyślnie każda osoba wymieniana jest w książce telefonicznej. Oczywiście ma prawo poprosić o wycofanie, natomiast prawie nikt tego nie robi. I to państwo nadal istnieje, ba, ma się całkiem dobrze.

Od samego początku mojej przygody z internetem natrafiałem na całe tabuny e-panikarzy. Ludzi którzy co 5 minut kasowali całą pamięć podręczną przeglądarki, usuwali cookies, zakładali oddzielne profile do korzystania z internetu, czy nawet (to autentyczny przypadek) mieli dwa komputery, które trzymali w dwóch miejscach – jeden do netu, drugi do pracy offline. Dekadę później, przy boomie platform społecznościowych sytuacja się spolaryzowała.

Z jednej strony mamy osoby które zupełnie bezmyślnie wrzucają do internetu wszystko. Zdjęcia z imprez, na których półnago tańczą na stole, notki z blogów w których jeżdżą po swoim szefie jak po łysej kobyle. Nauczycielki kompromitują się swoimi wybrykami przed uczniami, uczniowie kompromitują się przed rodziną.

Z drugiej strony nadal cała armia paranoików. Ukrywających totalni wszystko i przed wszystkimi – zdjęcie, nazwisko, nie mówiąc już o innych szczegółach.

Dzisiaj na Facebooku pewna osoba (nie wiem czy mogę podać kto ;))))) ) zadała pytanie – czy podałbyś tu swoją grupę krwi. A ja od razu myślę – czemu nie? Podałbym! Czemu miałbym jej nie podać?

Po pierwsze mój profil widoczny jest dla moich znajomych i ich znajomych. Znają moje imię i nazwisko, adres, telefon i email. Znają moje zdjęcie. Co zmieni moja grupa krwi? Pozwoli mnie zidentyfikować? I dobrze! Może ktoś kto mnie szuka będzie mógł mnie znaleźć? A może ktoś będzie szukał mojej grupy krwi do transfuzji (uwaga – coming out, B Rh+, niezbyt rzadka)?

Nie jestem pedofilem, mordercą, nie kradłem nigdy, nie ściga mnie komornik, ani windykator. Nie prowadzę podwójnego życia, nie wstydzę się swojej przeszłości. Nie jestem osobą na tyle znaną, aby groził mi atak dziennikarzy. Zresztą nie oszukujmy się, w dzisiejszych czasach i tak dla chcącego nic trudnego.

Więc w czym problem? Jeśli ktoś będzie mnie chciał “wydymać” podszywając się pod mojego znajomego, albo w inny sposób wykorzystując choćby informacje do której chodziłęm klasy czy szkoły – użyję mojego najlepszego narzędzia zabezpieczającego przed takimi sprawami – MÓZGU. I tyle.

Nie rozumiem paranoi związanej z ochroną danych osobowych. Owszem, chciałbym aby chronione były moje numery kart kredytowych, czy inne dane które mogą bezpośrednio opróżnić mój portfel. Ale po jaką cholerę mam składować w GIODO dane użytkowników jakiegoś małego wortaliku który chcę prowadzić i inwestować pieniądze w szafy pancerne zabezpieczające serwer? W imię paranoi tych użytkowników, czy może nadopiekuńczego państwa?

I przepraszam, nie wierzę w teorie wielkiego brata, w to że CIA śledzi każdy mój ruch a złodzieje systematycznie obserwują mój dom i mój profil na TripIt, żeby wiedzieć kiedy wyjeżdżam. Ci weszli do mnie do domu, kiedy w nim byłem, na farta, złapali kilka rzeczy i uciekli. Tu, w Genewie. I jak przed TYM się miałem zabezpieczyć?

Nie boję się podawania moich danych osobowych. Nie boję się ujawniania mojej tożsamości. Bo jeśli wejdziesz za bardzo w moje życie osobiste, to ci po prostu odpowiem po prasku żebyś – excuse my french -spierdalał. A paranoikom polecam film “They Live“. Doskonały. Zresztą na pewno go znacie :)