Po dwóch krytycznych postach czas na coś pozytywnego. Temat chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu, a właściwie od czasu kiedy przeprowadziłem się do Szwajcarii. Chodzi o język. Nasz – polski język.

Lingwistą nigdy nie byłem, choć nauka każdego języka (a kilka zdarzyło mi się uczyć) powodowała, że zaczynałem rozmyślać o tym naszym. Życie w kraju w którym używa się podobnie trudnego języka automatycznie każe porównywac pewne sprawy.

Pierwsza rzecz która mnie uderzyła to fakt, że w Szwajcarii prawie nikt nie mówi po angielsku. Tak to prawda – jestem pewien, że w nawet Polsce jest łatwiej dogadać się w języku Szekspira niż w Szwajcarii. Przypominam – piszę o GENEWIE – najbardziej międzynarodowym ze Szwajcarskim miast, ba, jednym z bardziej międzynarodowych z miast Europy! Po przyjeździe mieliśmy spory problem z dogadaniem się – w sklepie, na ulicy , z sąsiadami. Mam wrażenie, że u nas (a nie raz mówi się o tym jak to w PL nikt nie mówi w obcych językach) sporo ludzi – przynajmniej w dużych miastach – spokojnie dogada się po ang na poziomie podstawowym. Tu – jak chyba w całej strefie frankofońskiej – niestety nie. Pamiętam zresztą z moich skautowych czasów międzynarodowe spotkania – jedna część mówi po angielsku, a druga po francusku (Francja, Szwajcaria, Walonia). I co z tego że w angielskiej części są Słowacja, Rumunia, Grecja, czy Polska. My po prostu “nie rozumiemy frankofońskiego kręgu kulturowego”. I już.

Rozumiem nadęcie Francuzów. Odwieczna walka z Anglikami o dominację, utracony status “języka dyplomacji” i inne takie – mogą boleć. Ale Szwajcarzy? Niestety. Choć “podobno” o wiele mniej niż we Francji. Mniej?

No nic, nieważne. Może rzeczywiście nie muszą uczyć się obcych języków. Zacząłem się uczyć ja. Ale nie bez problemów. Pominę stopień skomplikowania (ugh!) gramatyki francuskiej, napiszę za to o tym jak lokalsi rozumieją obcokrajowców uczących się.

Otóż mam wrażenie, że jeśli nawet Chińczyk, czy Japończyk, albo Amerykanin (którzy to chyba mistrzostwa w naszym języku nigdy nie osiągną) powie “dżen dobły”, albo nawet “żen łobły” to domyślimy się o co chodzi. Rozmawiałem nie raz z obcokrajowcami i może po prostu wyczulałem się na fakt, że niezbyt łatwo jest mówić po polsku.

Tu jest trochę inaczej. Polak – dla którego nowością jest istnienie trzech różnych “e” może czuć się nieźle zagubiony. Po kilku tygodniach nauki tłumaczyłem sąsiadce, że Denis ma 12 tygodni (douze semaines) mówiąc “duze semĄ” zamiast “duze semEN”. Mała różnica. Niestety nie zostałem zupełnie zrozumiany. To trochę dziwne, bo wydaje mi się, że zmiana jednej litery, czy wręcz akcentu po polsku nie spowodowałaby braku zrozumienia z naszej strony. No cóż – może to specyfika języka, a lingwiści mają całe teorie i kategorie które to tłumaczą.

Ale zupełnie już nie mogę zrozumieć innej rzeczy. Wymowy wyrazów i zwrotów obcych.

Otóż w naszym rodzimym języku przyjęło się, że wyrazy obce wymawiamy tak jak wymawiane są one w kraju pochodzenia. Od dziecka pamiętam, że każe wymówienie obcego sformułowania po polsku kończyło się uwagą mojej mamy. I przecież tak jest – wyobraźmy sobie że mówimy “deja wu” zamiast “deża wi”, czy “roling stones” zamiast “rołling stołns”. “Fałks pas” zamiast “fo pa”, czy chociażby “kethup” zamiast “keczup”, czy “keczap”. Ok, nie wymawiamy wszystkiego z “perfect english”, czy “francois”, ale generalnie POWINNO się mówić te wyrażenia dokładnie tak jak brzmią one w języku oryginalnym. Nie mówiąc już o nazwach własnych.

Nawet akcentowanie zazwyczaj pozostaje oryginalne. Nawet taki sUperman nie staje się na pewno osobą nazywającą się z polska supErmen (przedostatnia sylaba, jak Bozia kazali). Po prostu.

Tymczasem frankofoni nie robią sobie z tego kompletnie nic. Ja jestem dla nich “Goreki” (z akcentem na “i”), a wszelkie nazwy obce sa po prostu wymawiane po francusku. To dotyczy także radia. Wyobrażacie sobie że w pl radiu ktoś mówi “fauks pas”?? No wiocha taka jak z Wołosatego na Wyspę Wolin. Masakra.

A może to dlatego że kiedyś, kiedyś język polski nie był uważany za język Wyższych Sfer? (choć już w XVI wieku Kochanowski chciał żeby było inaczej?) Może to z powodu jakichś kompleksów Polaków i chęci mówienia dobrze za wszelką cenę? Nie wiem. Tak czy inaczej, jakie by nie były to powody, mówimy, a raczej staramy się mówić dobrze i poprawnie. Także jeśli chodzi o wyrazy obce. I bardzo mnie to cieszy i buduje na duchu. Hough.