Wiecie co to jest “guilty pleasure”? To grzeszna przyjemność, czyli coś, co sprawia nam przyjemność, ale do czego nie chcemy się do końca przyznać. W świecie filmów i seriali to coś, co oglądamy, pomimo, że nie jest to produkcja najwyższych lotów. I prawdę mówiąc trochę takich grzeszków w życiu miałem.

Moje grzeszki

O “Dynastii” nie wspominam, bo chyba wszyscy z mojego pokolenia przyznawali się, że podglądają życie Carringtonów. Ja potem wsiąkłem nieco w Santa Barbara – leżałem chory i nic innego ciekawszego w telewizji nie leciało. Przed maturą natomiast – a pisałem ją z hiszpańskiego – wciągnąłem się w głupkowatą “Esmeraldę”. Tłumaczyłem sobie to nauką hiszpańskiego i rzeczywiście trochę mi pomógł, ale powiedzmy sobie szczerze, czerpałem z tego jakąś dziwną przyjemność.

Po takim wstępie moglibyście myśleć, że serial o którym chcę dziś pisać, jest rzeczywiście słaby. Nie, zupełnie nie. Choć z ręką na sercu, nie mogę go zaliczyć do wybitnych. Ale ma w sobie coś, co wciągnęło mnie dość mocno i nie chce puścić – a przede mną jeszcze 4 sezony po 22 odcinki!

To co zdziwiło mnie jeszcze bardziej, to fakt, że zupełnie o nim wcześniej nie słyszałem. Gdy napisałem o nim na fejsie, okazało się, że jestem chyba jedyną osobą, która go przegapiła, ale z jakiegoś powodu naprawdę nikt o nim nie pisał. Jest multum produkcji, które mniej lub bardziej świadomie ominąłem, a o których było głośno – Dexter, Breaking Bad, Narcos, Orange is the new black, mogę tak wymieniac bez końca. Nie mówiąc już o Grze o Tron, na którą zdecydowaliśmy się dopiero po 3 sezonie. A o potworach w Portland było naprawdę cicho. Dlatego gdy Netflix podpowiedział mi ten tytuł z dużym zaciekawieniem odpaliłem go i… tyle mnie żona widziała.

O co właściwie chodzi?

Akcja dzieje się w dość nudnym i nietypowym, jak na amerykańskie produkcje miejscu, bo w Portland. Większość z Was pewnie nie kojarzy gdzie to jest – to nudny i chłodny północny zachód USA. Seriale policyjne to zazwyczaj  północny wschód i NYPD, albo Boston. Południowy zachód i Los Angeles, czy San Francisco, albo nawet południowy wschód i Miami. Czasem Chicago, ale Portland?

Całość mogłaby być klasycznym amerykańskim serialem policyjnym, które tak dobrze znamy z amerykańskiej popkultury. Jest tu wszystko – policjanci w stopniu detektywa działający parami, biuro kapitana policji (z żaluzjami!), żółta taśma CRIME SCENE i wszystko inne do czego przyzwyczaiło nas amerykańskie kino i telewizja. Ale to nie wszystko.

Scena jak z amerykańskiego serialu :)(Photo by: Allyson Riggs/NBC)

Najciekawsze jest uniwersum. Według jego założeń, Ziemię zamieszkuje nie tylko gatunek homo sapiens, ale dziesiątki (jak nie setki) różnych humanoidów – zwanych Wesenami – którzy na codzień przybierają ludzką postać i są nie do odróżnienia od ludzi. Natomiast nasz główny bohater, czyli Nick Burkhardt, okazuje się być potomkiem Grimmów, którzy z pokolenia na pokolenie walczą z Wesenami. Grimmowie, jako jedyni z ludzi, są w stanie rozpoznać Wesseny i są dla nich śmiertelnym zagrożeniem.

Bauerschweiny, czyli człekoświnie walczą z odwiecznymi wrogami, czyli Blutbadenami. No dobra, nie wszystkie stworzy są aż tak plastikowe. Zresztą zazwyczaj mają ludzką postać. – (Photo by: Allyson Riggs/NBC)

Kolejne odcinki serialu wciągają nas w świat Wesenów i pokazują nowe rasy, będące zazwyczaj skrzyżowaniem człowieka i zwierzęcia, albo inna inkarnacją stworów, które znamy z bajek i legend. Co więcej, każdy odcinek w mniejszym lub większym stopniu nawiązuje do jakiejś bajki, czy baśni – mamy koraliki sypane na ścieżkę w celu oznaczenia ścieżki porwania, dziewczynę z macochą i dwoma przyrodnimi siostrami i wiele innych znanych nam dobrze motywów.

Pierwszy sezon składa się  luźno zazębionych ze sobą odcinków i przypominał mi mocno seriale z lat 90 – może dlatego tak wsiąkłem? Pamiętacie pewnie – Drużyna A, McGyver, Alf i Słoneczny Patrol nie miały zazwyczaj cliffhangerów na koniec odcinka i pozwalały spokojnie i bez męczarni przeżywać tydzień w oczekiwaniu na kolejny odcinek. Tu całość jest dość schematyczna i prawdę mówiąc zbudowana chyba z myślą o oglądaniu właśnie co jakiś czas, a nie tak jak dziś często robimy z serialami – po 10, czy 20 odcinków pod rząd.

Normalni co? Nikt by nie domyślił się, że to lisica i wilk :)
(Photo by: Allyson Riggs/NBC)

Kolejny odcinek to kolejna sprawa, w którą oczywiście zaangażowany jest nowy Wesen, którego to poznajemy razem z bohaterem. I jeśli ktoś nie ma słabości do takich seriali, to pewnie trochę się wynudzi. Dopiero pod koniec sezonu pojawiają się coraz mocniejsze wątki zaplatające się ze sobą, aby w kolejnym zepchnąć na drugi plan policyjne sprawy i zamienić serial w coś więcej. Dlatego jeśli wymiękłeś po 1 sezonie – polecam obejrzeć drugi.

Dlaczego mam słabość do tego serialu?

Ja nie wymiękłem i zacząłem zastanawiać się dlaczego. Pewnie po części właśnie dlatego, że zacząłem przypominać sobie stare seriale z czasów, gdy dużymi produkcjami były tylko filmy kinowe. Wychowałem się na klasycznych serialach policyjnych – od Dempsey i Makepeace, przez Miami Vice, Żar Tropików, czy dziesiątki innych. Do tego trochę zbrzydły mi już dwa najbardziej klasyczne uniwersa – zarówno te z superbohaterami Marvela i DC jak i Śródziemie, czy reszta fantasy. Universum stworów schowanych w klasycznym świecie to coś, czego dawno nie widziałem. Nawet, jeśli jest trochę naiwne.

No dobra – Harry Potter. Właśnie, to trochę taki Harry Potter dla dorosłych. Z większą ilością krwi i brutalności. Ze stworami, scrollami, ziołami i potionami. I bez klasycznej magii.

Dlaczego zacząłem od tłumaczenia się?

Bo to jednak jest nieco naiwne. Zacząłem ten tekst od przyznania się do winy, bo ten serial momentami naprawdę jest dość naiwny i rozciągnięty. Wątki główne nie galopują jak w Grze o Tron, czasem coś, co wydaje się dość ważne czeka na swoją kolej przez dwa odcinki, czasem zastanawiasz się jak to możliwe, że jeszcze się nie wydarzyło. Patolog sądowy nie dziwi się zbytnio kolejnym poszkodowanym rozszarpanym przez dziwne stwory, czy zatrutym dziwnymi substancjami. Detektywi policyjni (do czasu wtajemniczenia ich przez głównego bohatera) niczego się nie domyślają, a ten pokonuje wymyślne stwory gołą pięścią, po amerykańsku waląc ich między oczy.

Gra aktorska też bywa mocno drewniana i choć uwielbiam sierżanta Wu i wilkołaka (a właściwie Blutbadena) Monroe, to główny bohater ma jeden zestaw min, który momentami straszliwie nudzi.

Dlaczego jednak lubię tę produkcję?

Mimo to świat tych stworów wciągnął mnie mocno i choć jestem dopiero na 3 sezonie (a jest ich 6 po 22 odcinki!), to nie mam zamiaru go porzucać. Jak już pisałem – kręci mnie to uniwersum i trzeba przyznać, że zaprojektowane jest całkiem fajnie. Oprócz kolejnych stworów (które nazywają się często z niemiecka – Blutbaden, Fuchsbau, Siegbarst) śmiesznie wplątane są wątki historyczne. Założenia świata tłumaczą różne wydarzenia i postaci historyczne – od Hitlera, przez obcięcie ucha VanGogha, po krucjaty czy palenie czarownic na stosie.

Całość ogląda się dość lekko i przyjemnie, co może wydawać się dziwne biorąc pod uwagę, że w każdym odcinku mamy trupa i krew – ale do tego chyba przyzwyczaiły nas inne seriale?

Tym, którzy nie widzieli serialu, a chcą skosztować trochę fantastyki bliższej Braciom Grimm i legendom ludowym niż fantasy, czy amerykańskim superbohaterom polecam obejrzeć choćby kilka odcinków. Może wsiąkniecie tak ja ja?

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: