Siedzę na polu kempingowym. Jest rok 2017, patrzę przez szybę przyczepy na moje dzieciaki bawiące się beztrosko piłką. Kiedy to wszystko się wydarzyło? A przecież całkiem niedawno to ja – właśnie tu – pytałem się rodziców, czy mogę jeszcze nie iść spać, czy mogę jeszcze pół godzinki. Potem myłem się, przebierałem się w piżamę, kładłem się do łóżka i zakładałem walkmana na uszy. Wybierając jedną z kaset, z mojego specjalnego pojemnika na kasety. Kasety na wakacje były dość starannie dobierane, przecież nie mogłem wziąć ich wszystkich.

Na pewno w etui lądowały „Best of 1992”, „Twin Peaks Soundtrack” i „Best of Phil Collins”. Zresztą zestaw zmieniał się co roku, tak samo jak moje muzyczne gusta. Mam te kasety – leżą ciągle na strychu, w wielkim pudle, razem z moimi ulubionymi płytami CD. Gdy weszły płyty CD zacząłem mieć fazę na oryginały – nie były tanie, ale sama podróż do Digitalu koło Mostu Poniatowskiego była przygodą. Wracałem z lśniącą płytą, wkładałem ją do odtwarzacza i zanurzałem się w dźwięku.

Tak, miało to coś z magii. Zdecydowanie. Ale gdybym teraz cofnął się w czasie i powiedział tamtemu Michałowi, że za dwadzieścia pięć lat będzie mógł wziąć ze sobą na wakacje tyle płyt ile udźwignie, długowłosy piętnastolatek otworzyłby usta ze zdziwienia naprawdę szeroko i dopiero to wziąłby za magię.

Dojrzewałem do tej decyzji. Dojrzewałem latami. Pierwsza była muzyka. Jeszcze kilka lat temu pieczołowicie zgrywałem na dysk wszystkie moje mp3-ki, te ripowane z płyt CD oraz te zdobywane w inny sposób ;) Nie dziw się, takie były czasy. A potem weszło Spotify i pozamiatało. Dość mało czasu zajęło mi przekonanie się do tego, że ja naprawdę nie muszę POSIADAĆ na własność całej muzyki. Bo po co? Po co, skoro za niezbyt wygórowaną opłatę mogę mieć dostęp do tak dużej ilości muzyki, jakiej nie jestem w stanie przesłuchać? Skoro w drodze powrotnej z kina mogę odpalić soundtrack i cieszyć się nim w samochodzie?

Dysk z filmami też już trochę zaniedbałem. To w ogóle nie miało zbytniego sensu – muzyki słuchamy często, ale większość filmów oglądamy tylko raz. Po co to wszystko trzymać? Gdy pojawił się Netflix i HBO, okazało się, że mam do obejrzenia więcej filmów niż wolnych wieczorów. Jest jeszcze tyle klasyki, która mnie ominęła… Owszem, brakuje mi serwisu kinowego z prawdziwego zdarzenia ta branża ciągle nie wkroczyła porządnie w dekadę 10’s, ale mimo to przestałem mieć potrzebę posiadania na własność filmów – oprócz kilku moich ukochanych tytułów.

Następne były książki. Z tym mam w ogóle problem, bo czytam ich za mało, ale to chyba znak czasów – doba ma ciągle 24 godziny, a mogę robić tak dużo rzeczy. Staram się jednak czytać, czy też słuchać książek gdy tylko mogę. Po co płacić za każdą z nich, skoro mogę mieć wszystko w abonamencie? Kupiliśmy abonament w Legimi. Mogę wybrać sobie dowolną książkę z ich zbioru. Czyż to nie piękne?

Chyba czas skończyć z kultem własności. Czy rzeczywiście potrzebuję tych wszystkich rzeczy, skoro korzystam z nich tak rzadko? Niedługo będę chciał kupić nowy samochód, ale on przecież stoi przez większość doby. Gdybym nie miał 3 dzieci z chęcią korzystałbym tylko z chwilowego wynajmu lub Ubera. Ale… może skorzystać z wynajmu długoterminowego? Bez opcji wykupu? Po co mi wykup, i tak będę musiał go sprzedać, po prostu później wykupię pakiet na nowy. Albo sprzęt narciarski. W wypożyczalni czeka na mnie co roku sprzęt dobrany pode mnie, z ostatniego sezonu.

To wszystko jest w naszych głowach. Potrzebujemy posiadać, by cieszyć się stanem posiadania, by pokazywać innym jak dużo mamy. A może… a może nie trzeba?

Znam ludzi temu przeciwnych. Oj znam. Choć to głównie kwestie ideologiczne. Oni często są przeciwni nawet kredytom, mówiąc, że „zarobię, to mam”. Ale kiedy zarobisz robaczku? Za 5 lat? Za 10? Za 50? Co wtedy będzie? Nie wiesz. Ja też nie wiem. To jak z kredytem – może trochę uwiera, ale bardziej uwierałaby mnie myśl, że na własny dom zarobię odkładając dopiero w wieku 70 lat. Nie lepiej mieć go już teraz?

Nie wyobrażam sobie życia bez komputera. Choć zawsze był to duży wydatek – zarówno wtedy, gdy stał on w moim pokoju i pełnił rolę narzędzia pracy, centrum multimedialnego, odtwarzacza muzyki i komunikatora ze światem, jak i teraz, gdy zwykły Macbook potrafi kosztować kilka tysięcy – gdzie „kilka” oznacza bardziej 10 niż 1. Czy nie lepiej więc ten sprzęt wypożyczyć?

Przywiodłem Cię do tego miejsca, drogi Czytelniku, my potrząsnąć Twoim mózgiem i spytać – ile musisz naprawde posiadać? Ile możesz wynająć? Czy potrzeba posiadania wszystkiego na własność musi być aż tak silna?

Do napisanie tego tekstu skłoniła mnie firma GRENKE, specjalizująca się w finansowaniu sprzętu IT oraz nowoczesnych technologii dla firm, która to zorganizowała mały konkursik. Wystarczy na Facebooku, Twitterze lub Instagramie napisać przykład czegoś co warto używać, ale niekoniecznie trzeba mieć na własność i opatrzyć to hasztagiem #uzywacaniemiec. I teraz najważniejsze – ja wybiorę spośród tychże postów najbardziej zajebisty. Subiektywnie. Po mojemu. Zupełnie. Aha, oprócz mnie swoich wybiorą jeszcze Maciek Budzich i Jacek Kotarbiński! I co wtedy?

Ano wtedy zwycięzca dostanie nagrodę w postaci… rocznego abonamentu Spotify Premium, rocznego abonamentu Netflix Premium i przejazdów Uberem o wartości 500 zł.

To do klawiatur!

Na Wasze zgłoszenia czekamy do końca lipca, potem wybierzemy 3 zwycięzców, którzy otrzymają nagrody.

Linki:
– Strona główna konkursu #uzywacaniemiec – www.uzywacaniemiec.pl
Regulamin konkursu
– Strona GRENKE

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: