Trudno dziś, w czasach narcyzmu i brylowania w social media, przyznawać się do wad. Trudno też mówić o rzeczach, które są po środku – liczą się teksty „po bandzie”, liczą się ekstrema, liczą się proste i jasne rozwiązania. Trudno. Dziś złamię obie zasady. Bo temat jest ważny, bardzo ważny.

To był rok 2004. Tata przyniósł do domu kolejny gadżet – po kimś odziedziczyłem moją pasję. To był smartfon, choć nie miałem kompletnie pojęcia, że tak się to urządzenie nazywa. Miał olbrzymi ekran, rysik oraz klapkę. I baterię, która starczała na jakieś pół godziny. Wziąłem go do ręki nie mając zupełnie pojęcia, że moje życie zaczyna się właśnie zmieniać – i to bardzo.

Palm Treo był kompletnie niepraktyczny jako telefon, więc wkrótce zastąpiłem go jakąś poczciwą Nokią, ale świat smartfonów wciągnął mnie na dobre, wkrótce kupiłem nowe urządzenie.

Pierwsze symptomy zauważyłem jakoś na przełomie dekad – gdy w 2010 roku po dwuletnim pobycie w Genewie wracałem do Polski, mój smartfon był wszędzie ze mną, a czas coraz bardziej wypełniało mi robienie zdjęć, sprawdzanie Gadu-Gadu i Fejsa, choć wtedy działo się tam jeszcze dość mało. Przez kolejne lata uzależniałem się coraz bardziej jednocześnie co jakiś czas zadając sobie pytanie – dokąd to zmierza, co będzie dalej?

Smartfony zmieniły nas totalnie. Nie piszę tego z punktu widzenia zatrwożonego e-misza, a z punktu widzenia nałogowego komórkoholika, który próbuje być świadomy i kontrolować swój nałóg. Kontrolować, bo przecież zostanie zupełnym smartfonowym abstynentem nie wchodzi w rachubę, musiałbym przekwalifikować się na drwala w Bieszczadach. Tak, zacząłem wcześnie. To i mój ekstrawertyzm spowodowały, że wsiąkłem dość szybko.

W związku z moim wystąpieniem na tegorocznej Mobile Trends Conference postanowiłem zebrać moje doświadczenia i zastanowić się nad tym zjawiskiem. Ale zanim przejdę do wyróżnionych przeze mnie 10 punktów styku naszego świata ze smartfonami, wyjaśnię trzy kwestie.

Po pierwsze to uzależnienie trochę wiąże się z naszym uzależnieniem od social media. Ale smartfon to pójście o krok dalej. Dopóki korzystaliśmy z desktopów, „wychodziliśmy z internetu” i wracaliśmy do analogowego świata. Dziś – jak dobrze wiecie -jesteśmy ciągle online. Ma to swoje zalety o których za chwilkę, ale ma też swoje wady.

Po drugie oczywiście doceniam zalety smartfonów. Bo przecież możemy powiedzieć, że uzależniliśmy się też od samochodów, od czajników elektrycznych, od sztućców, czy czegokolwiek innego. Próbowałem – szczególnie na wakacjach – robić sobie odwyki, ale jednocześnie brakowało mi strasznie niektórych narzędzi. Google Maps do sprawdzania drogi, Foursquare do szukania fajnych miejsc w okolicy. Niestety jednocześnie wsiąkałem w dyskusje na fejsie i obserwowanie serduszek pod moimi zdjęciami na Instagramie, co wcale do szczęścia nie było mi konieczne.

Po trzecie wreszcie ja naprawdę uważam, że ludzkość to przetrwa. Jestem daleki od sformułowań w stylu „dążymy do zagłady”, bo już nie raz dążyliśmy i jakoś udało się to przetrwać. Tak, miewam często wizje rodem z Black Mirror, gdzie idziemy w tym naszym smartfonoholiźmie bardzo daleko, ale myślę, że jako gatunek damy radę. Być może to tylko krótki epizod, za chwilę będziemy komunikowali się inaczej – głosowo i stanie się to bardziej naturalne. Być może nowe pokolenie będzie po prostu tak funkcjonowało, a tylko my zostaniemy złożeni na ołtarzu technologii.

Bo ludzkość to pasmo nieudanych eksperymentów. Było wiele spraw z których się wycofywaliśmy. Wspominałem już w jednym z ostatnich tekstów o eternicie, czy azbeście – finalnie z tego zrezygnowaliśmy, ale ileś osób umarło na raka w związku z takimi właśnie eksperymentami. Smartfony wpływają bardzo na to jak wychowujemy dzieci, na nas samych, na sposób spędzania przez nas czasu, na stosunki społeczne, czy nasze związki. To NA PEWNO ma olbrzymi wpływ. Pytanie dokąd nas to zaprowadzi. Staram się nie panikować, ale być świadomym tego co się dzieje i ciągle zadawać sobie pytania.

1. Uzależnienie

Uzależnienie jest złe. Zawsze. Niezależnie od czego się uzależniamy – oznacza to po prostu brak kontroli nad sobą. Uzależnienia kojarzą nam się z uzależnieniami od substancji – takich jak alkohol, czy nikotyna. Jednak uzależnienia behawioralne są tak samo złem – nieważne czy uzależniamy się od smartfona, gier, seriali czy seksu. Uzależnienia oznacza, że nie mamy pełni kontroli nad swoim życiem. I tak, to dla mnie sytuacja po prostu słaba. Tym bardziej, że uzależnienie behawioralne wcale nie jest tak różne od uzależnienia od substancji – każdy lajk, każda reakcja, wyzwala w mózgu dopaminę. I to właśnie jej tak bardzo potrzebujemy. No na nią liczymy gdy patrzymy na serduszka na Instagramie, czy lajeczki na fejsie. Jesteśmy mistrzami tłumaczenia się przed sobą – „to nie ja, ja nie jestem mogę przestać kiedy chcę”. „To tylko ci, którzy dużo piszą!”. Jasne. A twoje scrollowanie feeda rzeczywiście trwa sekundę dziennie. Sięgamy po telefon zanim przytulimy się rano do osoby, z którą śpimy, panikujemy gdy okazuje się, że w kieszeni nie ma telefonu, czujemy fantomowe wibracje telefonu, który jest zupełnie gdzie indziej.

2. Tracenie czasu

To trochę jak z marihuaną. Wszelkie badania wskazują, że nie uzależnia jako substancja, tak jak dzieje się to w przypadku alkoholu czy nikotyny. Natomiast kiedy tracimy nad sobą kontrolę, po prostu ucieka nam czas w którym moglibyśmy robić co innego. Znam osoby (oczywiście w Holandii!), którym przeleciało 10, czy nawet 20 lat życia, bo właściwie każdy wieczór, a może nawet dzień to joincik, a wtedy nie ma potrzeby robić nic wielkiego, bo po co. Oczywiście stosowana z umiarem robi znacznie mniej zła niż alkohol, czy papierosy, ale ja nie o tym.

Smartfona wyciągamy w każdej możliwej chwili, wypełnia nam każda możliwą sekundę. Oczywiście to często wartościowe dyskusje, pielęgnowanie znajomości, czy poszerzanie wiedzy. Ale nie oszukujmy się – równie często, albo częściej, to raczej bezsensowne przepychanki, uciekanie od osób z którymi właśnie fizycznie się widzimy, oraz płytka rozrywka nie angażująca nawet specjalnie mózgu.

3. Brak czasu na nudę i small talk

Najbardziej brakuje mi chyba nudy. Chwil w których mój umysł przełączał się na bieg jałowy. Obserwowanie drzew przez okno w autobusie, czy obmyślania nowego planu… na kiblu. Dziś każda sekunda wypełniona jest zerknięciem na ekran. Nuda była też mini jogą, czasem bez emocji. Czasem wyluzowania. A my serwujemy sobie dziś emocje w każdej sekundzie dnia.

Simon Sinek, amerykański psycholog, opowiadał w jednym ze swoich filmów o tym jak wyglądają teraz spotkania w firmach i rzeczywiście coś musi być na rzeczy. Zanim się rozpocznie, każdy siedzi wgapiony w swój ekran. W ostatniej chwili odkładamy je i przechodzimy do rzeczy.

A kiedy small talk? Kiedy pytanie o zdrowie, o to co słychać? To oczywiście nie umarło, spotkania na papierosku, czy w innych miejscach pracy nadal mają się dobrze, natomiast warto pamiętać, że to właśnie te jałowe przebiegi obfitowały zawsze w nowe pomysły.

4. Przeżywanie chwili

W tym punkcie trudno nie zauważyć różnic pokoleniowych i choć uciekam zawsze od narzekania na Millenialsów (sam się czuję bardziej Gen Y i niż Gen X), to rzeczywiście pokolenie Snapa wiedzie w tym prym. A ja o ile starałem się technologicznie nie odpaść i wkręciłem się we wszystkie snapopodobne aplikacje, przestałem z nich namiętniej korzystać.

To dość proste – nie da się przeżywać chwili i jednocześnie jej relacjonować. No nie da się. To trochę jak z fotoreporterem na imprezie – on tam się nie bawi, on pracuje. Dziś gdy jesteśmy w górach, albo w innym pięknym miejscu, często pękamy wręcz z potrzeby podzielenia się tym z innymi. Na początku były to tylko zdjęcia, później zdjęcia, obrobienie i ich wrzucenia, potem jeszcze obserwowanie komentarzy, ostatnio namiętne snapowanie, albo nawet relacja na żywo. Może nowe pokolenie będzie miało specjalny moduł w mózgu, który pozwala im to robić, ja jednak jestem pewien, że w momencie, gdy transmituję jakąś chwilę w taki, czy inny sposób, nie przeżywam jej odpowiednio. Nie jestem w stanie, nie skupiam się na widoku, na moich odczuciach. Dobieram kadr, filtr i łaknę reakcji. Serduszek, gwiazdek, lajeczków.

5. Relacje ze znajomymi

Tak, to ja jestem tą osobą, która na imprezach wyciąga co chwilę komórkę. Choć na serio robię to teraz rzadziej – a przynajmniej się staram. Mam powyłączaną większość powiadomień i staram się rozmawiać z ludźmi z którymi jestem FIZYCZNIE NA MIEJSCU. Nie ze wszystkimi moimi znajomymi na raz. Wszystko było dobrze, dopóki nie poznałem ludzi spoza blogersko-socialmediowej bańki, którzy spytali mnie po prostu dlaczego ja do cholery ciągle nie jestem z nimi, tylko na fejsie. I to prawda.

Bo przecież zazwyczaj nie wyciągamy książki w połowie spotkania. To byłoby okazanie braku szacunku z osobami, z którymi spędzamy czas – chyba, że rzeczywiście jest to „pora relaksu” czy inny sposobny do tego moment. Ale nie, odrywamy się na całe minuty lub na dłużej. Wrzucamy zdjęcie, zobaczymy jakieś powiadomienie, wejdziemy, odpowiemy, zobaczymy drugie, BENG! 15 minut.

6. Związki

Jeszcze bardziej mogą spieprzyć się związki. Bo przecież po latach brakuje czasem tematów do rozmów, ile można gadać o tym czy kupiony jest sok pomarańczowy. Więc uciekamy do nieco ciekawszego świata. My ocknęliśmy się gdy zauważyliśmy, że nie gadamy przy posiłkach, a posiłki jemy ze wszystkimi znajomymi na raz, a nie we dwójkę. Co prawda co chwilę ktoś mówił „ej, a wiesz, że X napisał, że…” ale kaman.

To samo wtedy gdy mamy problemy – łatwiej uciec do szklanego ekranu niż porozmawiać. Lub wtedy gdy jedziemy samochodem, a pasażer po prostu przestaje rozmawiać tylko chowa się za wirtualną szybką.

7. Konfrontacje i dyskusje

Ten temat też już poruszałem – uważam, że jako gatunek nie jesteśmy gotowi na takie ilości dyskusji i konfrontacji, jakie serwują nam media społecznościowe, szczególnie w wersji mobilnej. Dyskutujemy o szczepionkach, polityce, zmianach klimatu, gospodarce i tysiącu spraw. Wszędzie. W kuchni, w kiblu, na spacerze z psem. Spotykamy więcej osób o innych poglądach, a w świecie wirtualnym puszczają nam hamulce. To normalne, że nie radzimy sobie z taką ilością negatywnych emocji.

8. Prowadzenie ze smartfonem

O prowadzeniu z komórką w ręku napisano już tysiące tekstów, a i tak statystyki są mordercze (sic!). Większość z nas sięga co jakiś po telefon w trakcie jazdy, udaje się, bo przecież nic do tej pory się nie stało. Tak – zdarza mi się to i jest mi z tym bardzo źle. Kontroluję się w tym zakresie coraz bardziej, uczę się (jak dziecko), że przecież moja myśl może poczekać, że nie muszę tego sprawdzić już teraz. Korzystam namiętnie z Siri jeśli chcę coś zapamiętać, dodając głosem przypomnienia. Maciek Budzich ostatnio powiedział, że phablety (duże smartfony) są świetne pod tym względem – za ciężko obsługuje się je jedną ręką, by je brać do ręki w samochodzie. Może to rozwiązanie? Autonomiczne samochody niedługo, wytrzymajmy…

9. Dzieciaki

I na końcu smartfony i dzieciaki. To osobna historia, nadająca się zresztą na mojego drugiego bloga, parentingowego i chyba dość oczywista. Dzieciaki nie mogą spędzać całych dni wgapionych w ekrany – czy to smartfon, czy player filmów, czy telewizor. Potrzebują czasu do rozwoju, potrzebują „analogowych” emocji. Potrzebują też czasu z rodzicami i tu leży pies pogrzebany. Bo przecież często może i zabraniamy im korzystać z urządzeń, lub dajemy srogie limity po czym… sami przy nich siedzimy wgapieni w ekran. – Tato, dlaczego ja nie mogę korzystać, a ty ciągle siedzisz z komórką? – spytała mnie 5 letnia Lila. I w sumie miała rację. W dzisiejszych czasach nie pozostaje nam zbyt dużo czasu w ciągu dnia który możemy spędzić z dziećmi, warto o tym pomyśleć i dawać przy okazji dobry przykład.

Co dalej?

Tak więc wsiąkliśmy trochę w ten świat małych, magicznych szybek. Jest to cholernie wygodne, jednak zupełnie zmienia sposób w jaki funkcjonujemy, komunikujemy się z ludźmi. Być może tak musi być, być może zmieni to zupełnie relacje między nami, zmieni to jak wyglądają związki. Nie dramatyzuję – nadal wychodzę na piwo gdy mam wyjść na piwo, a dzięki mediom społecznościowym utrzymuję kontakt z ludźmi, z którymi w analogicznej sytuacji w latach 80, pewnie nawet nie wymieniałbym pocztówek.

Natomiast obserwuję to zarówno pod kątem utraty kontroli i uzależnienia, jak i tego czy rzeczywiście nie ucieka mi przez to inne życie. Jesteśmy Pokoleniem Instant – mamy wszystko na wyciągnięcie ręki. Jest apka do seriali, apka do grania apka gdy chcemy sprawdzić rozkład jazdy, kupić bilet, czy zamówić jedzenie. Jest nawet apka, której używamy, gdy chcemy uprawiać seks. Ale doba nadal ma 24 godziny, a my musimy się zastanawiać, co innego można by robić w tym czasie, oraz czy rzeczywiście chcę robić to co robię. I takiej właśnie świadomości Wam oraz oczywiście sobie życzę.

Warto też ustalić pewne zasady. Zarówno dla siebie, jak i w związkach. My trochę ich mamy – choćby takie, że nie korzystamy z telefonów przy posiłkach (chyba, że trzeba zrobić fotkę, ale wrzucam ją po posiłku :D ) Mamy też taką zasadę, że każdy może po prostu poprosić drugą osobę o odłożenie telefonu i ta prośba – poza nielicznymi wyjątkami – musi być spełniona. To może niektórym wydawać się głupie, ale fajnie na przykład móc porozmawiać z drugą osobą podczas jechania samochodem.

Polecam też gorąco apkę Moment, która kontroluje czas jaki spędzamy przed telefonem (na Andka pewnie też coś jest). Można w niej choćby ustawić dzienny limit, alerty co ileś minut, a w wersji premium mieć podgląd na to ile korzystają ze smartfona poszczególni członkowie rodziny :)

P.S. Bo pewnie spora część z Was powie od razu „eeeee to nie ja, na pewno nie ja”. Są cztery etapy pracy nad sobą, jest duża szansa, że nawet nie wszedłeś na drugi, czyli etapu świadomości swojej niekompetencji. Choć oczywiście wierzę, że wiele osób nie ma z tym problemu.

P.P.S. Jeśli chcesz koniecznie napisać PRZECIEŻ TO PROSTE WYSTARCZY NIE UŻYWAĆ HY HY HY, to może nie pisz lepiej bo po co pokazywać publicznie, że nie rozumiesz tekstu :)

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: