Kiedy kilka tygodni temu zacząłem przygotowywać się do prelekcji o uzależnieniu od smartfonów, nie miałem jeszcze pojęcia jak duży wpływ będzie miało to na moje życie, a przynajmniej na najbliższe tygodnie. Wpływ naprawdę duży, choć nie był to pierwszy przebłysk świadomości, który miałem w tym zakresie. Dziś, 3 tygodnie od decyzji o odinstalowaniu aplikacji Facebooka i drastycznie zmniejszonej ilości czasu spędzanego z telefonem w ręku mogę powiedzieć jedno:

Wow.

Pierwsze przebłyski świadomości miałem już kilka razy – zazwyczaj kończyło się to mocnymi postanowieniami zmniejszenia czasu spędzanego z telefonem w ręku, czy instalacji takich, czy innych aplikacji. Prawdę mówiąc dużo to nie dawało. Od mniej więcej dwóch miesięcy mam zainstalowaną aplikację Moment, dzięki której wiedziałem, że poświęcam na telefon od 3 do 4 godzin dziennie. Ale też dużo z tą wiedzą nie robiłem. I właśnie podczas pisania tekstu na temat uzależnienia od smartfonów zadałem sobie pytanie – dlaczego po prostu nie wziąć się w garść? Przypomniał mi się mój Dziadek – o którym już kiedyś pisałem – który na wieść problemów zdrowotnych związanych z paleniem po prostu oddał lekarzowi ostatnią paczkę papierosów i nigdy do końca życia nie zapalił. Ja nie miałem zamiaru, rzecz jasna, rezygnować ze smartfona, ale doszło do mnie kilka spraw.

Nie mam ostatnio czasu. Zupełnie. Często zastanawiałem się – jak to możliwe, że rodzice mieli tyle czasu na różne sprawy. Na to, by w domu panował porządek, na ogródek, na dłubanie przy samochodzie. Tymczasem moja lista to-do rosła z dnia na dzień – w samym domu ileś spraw wisiało niezrealizowanych, prawdę mówiąc niektóre z nich mógłbym liczyć w latach.

Przez długi czas oszukiwałem sam siebie, twierdząc, że to dlatego, że jestem bardzo zajęty. O jakimi jesteśmy mistrzami w oszukiwaniu samych siebie. A przecież ostatnie miesiące to coraz mniej czasu poświęcanego bezpośrednio na Koszulkowo – mam zespół, który zarządza codziennymi sprawami. Nie doszło mi żadne nowe zajęcie, nie zabrałem się ciągle za youtubowanie na poważnie. Nie doszło mi żadne nowe dziecko. Gdzie podział się więc cały mój czas?

To dość oczywiste, choć często pod latarnią jest najciemniej i wcale to do nas nie dochodzi. Cztery godziny, czasem pięć. A to tylko telefon – co najmniej godzinę więcej spędzałem na Facebooku w wersji desktopowej. I jeszcze trochę poza godzinami pracy. Czyli sześć godzin?! Nie oszukujmy się, to właśnie tu traciłem najwięcej czasu. Wmawiając sobie, że to konieczne.

Konto na Fejsie założyłem już prawie 10 lat temu. To cała dekada życia, która jest mocno powiązana z niebieskim gigantem. Moja praca w social media, blogi, rozwój Koszulkowo. To wszystko wymagało olbrzymiej aktywności, z której byłem znany. Ale biznes zaczął się coraz mocniej profesjonalizować, zasięgi na profilu prywatnym przestały mieć duże znaczenie. Zresztą po kolejnych zmianach algorytmu miałem wrażenie, że widuję ciągle te same 50 osób, a zasięgi notek padły kompletnie. Fejs natomiast wciągał mnie swoimi powiadomieniami wiodącymi do często zbyt emocjonalnych i niepotrzebnych dyskusji. Podnosił ciśnienie, bo ktoś w internecie nie miał racji. Wciągał w jakieś wojny i wojenki. W dramy i kryzysy. Zgodnie z tym co pisałem w tekście o uzależnieniu – przestałem czuć radość z przeżywania chwili, bo co chwilkę uciekałem do innego świata.

Przestańmy pieprzyć, że to nie jest świat wirtualny, że to prawdziwi ludzie. Może i prawdziwi ludzie. To prawda, że cholernie Was lubię, część z Was poznałem właśnie tu, pewnie gdyby nie Facebook nie utrzymywalibyśmy kontaktu. I cieszę się, że to robimy. Ale to mimo wszystko wirtualna arena. Nasza ucieczka od namacalnej codzienności. Tysiące mikroucieczek w ciągu dnia. Czas, który nie służy niczemu konkretnemu. A im jestem starszy tym bardziej zaczynam go cenić. Zastanawiam się czy to co robię zostawia jakiś ślad, czy robię coś konstruktywnego, czy po prostu go zabijam.

Na początku odinstalowałem aplikację. Nie, nie zrezygnowałem zupełnie, po prostu to właśnie ta apka zajmowała mi najwięcej czasu – ani Instagram, ani Twitter nie wciągnęły mnie nigdy tak bardzo. Przy komputerze nie siedzę jednak ciągle, a smartfon zawsze był obok. Dwa ekrany, pierdu pierdu, rzeczywistość multi-screen, daliśmy temu takie wspaniałe nazwy, uh, oh. Dzięki temu czujemy się zajebiści niczym Jetsonowie. Tak, kocham to, że mam w telefonie mapy, że mogę znaleźć dobrą restaurację, że mogę kupić bilet. Ale czy muszę w każdej sekundzie mojego życia wracać do sieci, aby bezskutecznie udowadniać jakiejś obcej mi osobie, że Korwin to idiota?

Po drugie postanowiłem, że nie sięgam po telefon rano. Tak, wiem wiem, nikt z was tak nie robi, hoho, bynajmniej, rano przytulacie się do drugiej połowy, czule szepczecie jej coś do ucha, albo wstawiacie kawę i przeciągacie się w świetle wschodzącego słońca. Aha. Idziecie na kibel i scrollujecie fejsa. Instagrama. Twittera. Snapa.

(A nie, Snapa się nie scrolluje :P)

Często już w łóżku spinałem się czytając jakiś link o PiS, albo wypociny jakiegoś młodego neoliberała. Czytałem coraz mniej artykułów, coraz więcej krótkich i głupich treści na Fejsie.

Drugiego dnia okazało się, że da się przeżyć nie sięgając rano po telefon (!!!) Bywa nawet tak, że mój pierwszy kontakt z Facebookiem odbywa się o godzinie 9, wtedy gdy odpalam komputer. Ba, czasami nawet później – skompresowałem ostatnio nieco godziny pracy (aby wygospodarować czas na regularne blogowanie, czy zajęcie się domem) i po prostu przestałem co chwilę włączać Fejsa. Jestem jak offlajnowe nooby z których zawsze się śmiałem – wchodzę tam raptem kilka razy dziennie. A mój telefon potrafi w samo południe wyskoczyć z komunikatem “15 minutes on your phone today”. Normalnie ten komunikat miałem przed ósmą.

Odzyskałem czas. Mnóstwo czasu. W ciągu pierwszych kilku dni załatwiłem więcej zaległych spraw niż w ciągu ostatniego pół roku. Zauważyłem nagle rzeczy stojące w jakimś kącie w domu, proszące o ich uprzątnięcie, od kilku miesięcy. Przygotowałem trawnik do wiosny. Wymieniłem uszkodzony płot w ogródku. Zacząłem znowu czytać – rany, jak często odkładałem książkę, by sprawdzić coś na Fejsie i… nagle okazywało się, że minęła godzina.

Odzyskałem spokój. O rany i to jak. Brak tych idiotycznych dyskusji uczynił ze mnie mistrza Zen. No może nie jest tak idealnie, ale widzę to choćby po tym jak szybko (nie) złoszczę się na dzieciaki – efekt przelewania frustracji na kogoś innego, po internetowych dyskusjach był u mnie widoczny gołym okiem.

Odzyskałem wzrok. Bo przecież wiosna. Gapię się przez okno, patrzę się na ludzi. Nie wiem jak to zrobiłem, ale po prostu wyłączyłem w głowie FOMO. Mam w gdzieś kto skomentuje mój post, sprawdzę to za godzinę. Nie muszę co chwilę sprawdzać kto co napisał. Nie wierzyłem, że kiedykolwiek mi się to uda.

Nie zostałem e-miszem. Nie robię tego po to, byście pisali mi przy dowolnej okazji “HA A JEDNAK JESTEŚ NA FEJSIE”. Tak, jestem. I nie zamierzam rezygnować. Nie zamierzam też rezygnować ze smartfona. Korzystam głównie z messengera oraz apki Pages, dzięki której ogarniam fanpage blogów. To właśnie tam przenoszę moją aktywność. Przynajmniej wiem, że nie zostanę odciągnięty gdzieś do głupich przepychanek i dyskusji. Korzystam z fejsa na kompie w ciągu dnia, ale dramatycznie rzadziej. Zresztą od jakiegoś czasu mam zainstalowany dodatek, który ogranicza mi czas – Stay Focusd, korzystam z mobilnej wersji strony fejsa zamist apki (to tak upierdliwe, że skutecznie leczu :D. Może nawet zainstaluję kiedyś znowu apkę – prawdę mówiąc nie potrzebuję już chyba fizycznych barier. Po prostu przestawiłem sobie coś w głowie. Zaczęło mi być cholernie żal tego czasu.

Minusy? Przegapiłem śmierć Młynarskiego. Dowiedziałem się o niej dwa dni później. Zobaczyłem okładkę gazety w sklepie. Serio, nic mi się w związku z tym nie stało. Ominęła mnie jakaś hucpa z dziewczyną szukającą polskiego chłopaka. Przegapiłem fejkowego newsa o śmierci Tiny Turner. Nie czuję się przez to uboższy intelektualnie.

Nie sprawdzam nerwowo telefonu bawiąc się z dzieciakami. Nie przeczesuję walla sprzątając kuchnię, czy podlewając ogródek. Nie liczę lajków spotykając się ze znajomymi. I co więcej, czuję, że ta zmiana doskonale współgra z moimi innymi postanowieniami z ostatnich miesięcy, czy lat. Bo ja bardzo kocham drogę środka. Nie zostałem abstynentem, choć staram się nie pić w tygodniu. Nie przestałem jeść steków i burgerów, choć zacząłem pochłaniać tony warzyw. Nie zostałem fejso-instagramowym biegaczem, choć ćwiczę regularnie. Nie uciekłem z social media, choć odcinam tę najbardziej absorbującą i najmniej konstruktywną część mojej obecności.

Mary poszła ze mną. No może nie od razu i nie do końca (bo każdy, kto ją zna, wie że musi być niezależna :P), ale mimo wszystko. Siedzimy w restauracji i zamiast sprawdzać feeda odkrywamy, że po 10 latach tematy do rozmowy wcale nie muszą się kończyć ;) Nie pokazujemy sobie świata z ekranów, tylko rozmawiamy. Dla niektórych może być to normalne, dla nas do końca nie było.

I wiecie co? To widać, to bardzo widać. Gdy podniesie się głowę, i patrzy się na innych, widać te wszystkie osoby przeżywające właśnie ekstazę w innym miejscu niż znajduje się ich ciało. Te pary, które są razem, ale wcale razem nie są. Te ulotne chwile, które ulatują bez bycia skonsumowanymi.

Nie namawiam Cię do tego jakoś mocno. Do tego trzeba dojrzeć. Gdybyś mówił mi to jakiś czas temu pewnie byłbym pewien, że wszystko jest pod kontrolą, lub że mnie to nie dotyczy, lub że robię to, bo muszę, lub…

Może podcinam gałąź na której siedzę. Namawiam do odejścia z miejsca, w którym dystrybuuję swoje treści. Może przez to ileś osób przestanie zauważać moje teksty. Trudno. Damy radę. Serio! :) Kto chce naprawdę mnie czytać, jest zapisany na mój newsletter.

I to tyle. Tylko tyle i aż tyle. Ale po co ja Ci to mówię. Przecież to CIEBIE nie dotyczy :)

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: