Czekałem nieco z tym tekstem. Chciałem nabrać do sprawy nieco dystansu, ale przede wszystkim chciałem sprawdzić, czy wszystko się już zakończyło i nie będzie miało dalszej części. A było momentami naprawdę dziwne – prawdę mówiąc nigdy wcześniej nic podobnego mi się nie przytrafiło.

Klon?

Wszystko zaczęło się od linka do facebookowego profilu, który dostałem od znajomego. Był to profil osoby nazywającej się Artur Michał Prudło. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że… używał on moich zdjęć profilowych. Ale nie była to kwestia jednego zdjęcia. Właściwie wszystkie zdjęcia profilowe, a także cover photo składały się… z moich zdjęć. Może nie tych najnowszych, ale tych sprzed 3 czy 5 lat. Poczułem się dziwnie.

Ale już po chwili zastanowienia doszło do mnie, że choć to przerażające, to nie jest to nic nielegalnego. Mnóstwo osób ustawia sobie cudze zdjęcia profilowe, choć zazwyczaj są to zdjęcia znanych aktorów, czy postaci z filmów. Ale moje? No cóż. Trochę połechtało to moją próżność, a trochę mimo wszystko zaniepokoiło. Bo niezależnie od tego czy jest to legalne, czy nie – jest sobie jakiś człowiek, który z jakiegoś powodu się pode mnie podszywa lub wyobraża sobie, że jest mną. Bo wiecie – rozumiem ustawienie sobie Brada Pitta na profilowym. Ale ustawienie całej kolekcji Brada Pitta jest już dziwne. A ustawienie sobie akurat mnie?

Zacząłem przeglądać jego profil. Toczą się pod nim dyskusje, choć wyglądają one na fejkowe. Tak jak i profile, które tam dyskutują. Choć chyba nie wszystkie.

Zgłosiłem zdjęcia do Facebooka wskazując, że są one moje. Po kilku przepychankach z fejsowymi automatami, a następnie obsługą… profil zniknął.

Na kilka dni.

Imperium kontratakuje

Po tygodniu pojawił się znowu. Znowu pełen moich zdjęć. Postanowiłem więc pójść nieco inną drogą i uruchomiłem moje kontaktu w biurze Facebooka. Udało się, ale znowu tymczasowo. Gość uparcie odradzał się na nowym koncie, z moimi zdjęciami. Możesz spytać – czemu do niego nie zagadałem? Cóż, całość wydawała mi się nieco creepy – albo miałem do czynienia z kimś chorym psychicznie, albo z celowym działaniem – być może po prostu fejkowym kontem służącym do różnych celów – lajkowanie, ocenianie. Dlaczego moje zdjęcia? Może dlatego, że mam ich dużo i są publiczne. Tu oczywiście usłyszę zaraz – no tak, ale twoja wina, masz publiczne zdjęcia! No mam, rany, profilowe zdjęcia to nic zdrożnego, można użyć tak zdjęć większości osób.

Ale… sytuacja zaczęła się zmieniać. Otóż zaczynały do mnie odzywać się dziewczyny. Nie jedna, nie dwie. W sumie było ich kilkanaście. Dzień po dniu pisały do mnie, że ów człowiek podszywa się pode mnie, twierdząc, że jest mną. I po prostu je podrywa. Trochę mnie to zdziwiło – i nie tylko dlatego, że ktoś wybrał sobie podryw na moją gębę – ale też to, że przecież nazywam się inaczej, mój blog ma w nazwie moje nazwisko i trudno podszyć się pode mnie nazywając się inaczej. Otóż nie, on przyznawał się, że nazwa jego konta jest inna, bo to konto incognito, nieoficjalne, co tylko pewnie dodawało pikanterii całości.

Cóż, do czego to doszło, żeby ktoś wykorzystywał mnie to podrywu w czasie gdy ja przykładnie z żoną i dziećmi… No dobra, bądźmy poważni. Ja zacząłem być poważny, gdy pierwsza z tych dziewczyn do mnie zadzwoniła. Sam zgodziłem się wcześniej na ten telefon, chciałem wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Jak się okazało, typ podrywał kilkanaście dziewczyn na raz, a każdy tekst o tym, że jest oszustem, zbywał w na różne wysublimowane sposoby. Zresztą prawda jest taka, że kiedy nie widzi się drugiej osoby i wyobraża sobie różne rzeczy, mózg płata figle. Słyszeliście pewnie o różnego rodzaju oszustach telefonicznych dzwoniących do starszych kobiet, podających się za wnuczka, czy dziecko znajomych. W momencie gdy choć trochę w to uwierzysz, przestajesz wszystko kwestionować i nie zastanawiasz się nad faktami. A gdy w grę wchodzę jeszcze jakiekolwiek uczucia, sprawa komplikuje się bardziej.

Człowiek ów (równie dobrze mogła to być kobieta) nie spotykał się rzecz jasna z rzeczonymi dziewczynami, rozmawiał z nimi tylko przez telefon lub kontaktował się przez net. Cóż mogłem zrobić? Prawdę mówiąc nie za wiele.

Po pierwsze znowu zacząłem załatwiać bana na wszystkie konta z którymi jest powiązany, po drugie zasięgnąłem porady prawnej. A znajomy prokurator powiedział mi, że… wiele nie mogę zrobić. Niestety. Nie byłem bezpośrednio pokrzywdzony, nie było też pełnej kradzieży tożsamości – typ funkcjonował pod innym nazwiskiem, jedynie ze zbieżnym imieniem i wykorzystywał moje publiczne zdjęcia. Owszem, podawał się za mnie jako blogera (damn, podryw na blogera!) i… tyle. Wyobrażałem już sobie co będzie działo się na komisariacie, gdy zacznę opowiadać o zdjęciach profilowych na Facebooku i podobnych sprawach. No nie, to nie miało sensu. Tym bardziej, że nie było na to paragrafu.

Kto?!

I wtedy… wtedy jedna z dziewczyn zadzwoniła do mnie z informacją, że wie kto za tym stoi. Podobno to… ktoś z mojej rodziny. Resztki włosów zjeżyły mi się na głowie. Osoba ta nosiła moje nazwisko i imię, które nosi tylko jedna osoba w mojej rodzinie. Osoba, której zupełnie bym o to nie podejrzewał. Dziewczyna, kuzynka, przykładna żona i matka… Nie, to niemożliwe. To na pewno niemożliwe. Przecież ona nawet nie obsługuje zbyt dobrze netu!

Mój mózg zaczął dopowiadać różnego rodzaju scenariusze. No tak. Cicha woda! Ale jaja. I wtedy odezwała się we mnie moja wielkopolsko-niemiecka ćwiartka, strzeliła mi plaskacza w ryj i powiedziała: USPOKÓJ SIĘ, TEJ. Bo potrzebowałem się uspokoić. Zresetować. Na serio podejrzewam kogoś z rodziny tylko dlatego, że gdzieś tam w sieci ktoś znalazł osobę o zbieżnym imieniu? Tym bardziej w sytuacji w której nie wiadomo kto jest prawdziwy, a kto nie? Kto jest fejkiem, a kto nie? A może te dziewczyny, które do mnie piszą i dzwonią są fejkowe? Może istnieje tylko jedna? Może to ona jest zarówno nimi jak i Arturem Michałem Prudło?

NIE WIEM. Nie wiem i nie mogę wiedzieć. Pytanie czy i co chcę wiedzieć. W  takiej sytuacji naprawdę trzeba się zresetować i przestać wierzyć w to, co nie jest potwierdzone. Co mam na myśli? Opowiem Wam pewną historię.

Stara Dobra Ściema

Dawno, dawno temu, w czasach Polchatu, wpadliśmy z kumplem na iście szatański pomysł. Otóż udało nam się przy okazji pewnej awarii przejąć kontrolę nad kanałem zespołu Stare Dobre Małżeństwo. To zespół znany wszystkim wielbicielom górskiej poezji śpiewanej, ale mniejsza z tym. Przejęliśmy kanał, stworzyliśmy też szybko profile członków zespołu z imionami i nazwiskami. Spokojnie, wszystko dla funu i trollowania :)

Na kanał wchodziło zawsze sporo fanów, a przede wszystkim fanek. Część nie wierzyła, że członkowie zespołu mogą sami siedzieć w internecie i odpowiadać na pytania, musieliśmy więc budować swoją wiarygodność. Jak to robiliśmy?

Jeden z nas wchodził jako powiedzmy Krzysztof Myszkowski, czyli lider i wokalista zespołu. Drugi z nas – jako pozorny nikt, powiedzmy Piotrek D. Piotrek odgrywał na kanale rolę niewiernego Tomasz, kwestionował prawdziwość profilu i wokalisty. Po czym zadawał dość trudne pytanie odnoszące się do historii zespołu. Oczywiście mieliśmy przy sobie biografię i znaliśmy odpowiedzi na te pytania. Krzysztof odpowiadał na pytanie, a Tomasz kajał się przy wszystkich i przyznawał rację. No skoro ten najgłośniej krzyczący na kanale przyznał rację, to innym nie wypadało tego nie zrobić. Ich mózgi zostały w prosty sposób oszukane.

Jak mówię – trochę się tak bawiliśmy w trollowanie, choć nigdy nie posłużyło to do czegokolwiek innego. Zresztą kanał oddaliśmy w prawowite ręce niedługo później.

Uważajcie

Cholernie łatwo wierzymy w rzeczy, których nie widzimy. A na pewno w rzeczy, w które chcemy uwierzyć. W osoby, które się w nas zakochały. W inne historie. I to niestety może być wykorzystane przeciwko nam.

Ban w końcu zadziałał. Skontaktowałem się też ze wszystkimi dziewczynami i jasno poinformowałem je, że koleś się podszywa. Co ciekawe część z nich nadal utrzymywała z nim kontakt – istny syndrom sztokholmski. Jego profil zniknął. Podobno pojawił się znowu, tym razem bez moich zdjęć. Obecnie nie ma go w ogóle. Przynajmniej pod tym imieniem i nazwiskiem. Może przecież mieć dowolne.

Jaki z tego morał? Dość prosty, ale ciągle to powtarzam. Nie ufajcie zbytnio obcym. Szczególnie przy kontakcie wirtualnym. Co jakiś czas róbcie reality check. Kiedy mój znajomy napisał do mnie z prośbą o pożyczkę kilkuset złotych (jest za granicą, ma problem z kontem, odda pojutrze) bardzo spokojnie, lecz zdecydowanie wytłumaczyłem mu, że nie jestem pewien, czy to na pewno on, żeby się nie obraził, ale zadam mu kilka pytań weryfikujących. Po trzech pytaniach byłem pewien, że to on. To był on :)

A wy, dziewczyny i chłopaki poszukujące partnerów w sieci – spróbujcie też robić to w tradycyjny sposób. Ja wiem, że w sieci łatwiej, ale w sieci wszyscy jesteśmy swoimi piękniejszymi wersjami i rzeczywistość może zaboleć. A zaboli jeszcze bardziej, gdy ktoś okaże się ściemą i wytworem wyobraźni. Albo jeszcze bardziej – wyobrażam sobie wiele gorszych zakończeń takich znajomości.

Nie popadajcie w paranoję, nie zostawajcie wielbicielami teorii spiskowych, nie kwestionujcie wszystkiego, ale zostawcie sobie zawsze ten margines bezpieczeństwa. A gdy nie wiecie co jest prawdą, a co nie, pogadajcie z kimś o tym. Z inną, realną osobą, którą znacie.

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: