I nawet nie chodzi o to, czego się nauczyłem. Zdaję sobie sprawę z tego, że mnóstwo. Pisałem o tym nie raz – właściwie na każdym kroku uświadamiam sobie, że zarówno moje wartości były ukształtowane właśnie tam, że fakt nie bycia manualną pierdołą w dużej mierze tam został wykuty, ale i że wszelkie umiejętności miękkie – od zarządzania, przez publiczne mówienie, planowanie, motywowanie ludzi aż po radzenie sobie w sytuacjach kryzysowych wzięły się właśnie z harcerstwa.

Ale im więcej zmarszczek pojawia się na mojej twarzy, tym bardziej doceniam tę przygodę – bo przygodą to chyba muszę nazwać – w którą pchnął mnie kiedyś zupełnie przypadkiem los. Wystarczy, że poczuję dym z ogniska, że zobaczę latarkę, która teraz smutno leży w szufladzie “śrubokręty, klucze i miarki” zamiast jak kiedyś “wszystko co wkładam do plecaka na wyjazd”. Że usłyszę brzdęk gitary. Wpada to we mnie nozdrzem, czy uchem, paraliżuje zupełnie, zajmuje myśli i przerzuca te wszystkie slajdy, wspomnienia i przeżycia. Ludzi, tysiące ludzi, twarze, uśmiechy, radość. Poczucie wspólnoty. Poczucie bycia częścią czegoś większego. Poczucie sensu. Poczucie bezpieczeństwa i polegania na innych.

Może trochę się odcinaliśmy, zamykaliśmy w bańce, w naszym – jak to nazywaliśmy – harctrixie. Uciekaliśmy nieco od problemów świata zewnątrznego, jego brutalności i szarości. Czasem mnie to bolało, choć teraz już wiem, że nie do końca zasadnie. Bo było to piękne w swojej robinsonowej prostocie, dziś rzekłbym że jak w Minecrafcie lądowaliśmy gdzieś po środku lasu, by przez kilka dni, pracą własnych rąk, z dostarczonych przez leśniczego żerdzi budować własny, mały świat. Oddalony od cywilizacji, żyjący swoim życiem, pulsujący własnym tętnem.

Świat będący z jednej strony pełny fizycznej prymitywności – drewnianych łóżek, cieknącego brezentu, metalowych menażek, herbaty z gara i kiełbasy. Z drugiej jednak świat, który nauczył mnie wrażliwości na piękno i na drugiego człowieka. Świat pełen poezji śpiewanej – tak różnej od tego co leciało na codzień w radiu. Świat pełen muzyki, pełen natury, górskich widoków, obserwowania mrowiska, czy niemalże boskiego obcowania z taflą chłodnego jeziora po upalnym dniu.

Ludzie, ludzie, którzy byli moimi przewodnikami, od których nauczyłem się tak dużo. I ludzie, którzy szli razem ze mną, Włodek, Iza, Marcin, Darek, Grzegorz, Jędrek, Rafał, Tomek, Michał, Robert, mógłbym tak bez końca. Ludzie, dla których ja byłem przewodnikiem i których w życie wprowadziłem.

To wszystko siedzi gdzieś we mnie i krzyczy – jeszcze nie czas, by marzenia do walizek kłaść. I choć wiem, że mogę w tej, czy innej formie tam wrócić, to zdaję sobie sprawę, że to już nigdy nie będzie to samo. Ale zamiast się smucić, uśmiecham się pod nosem jak kazał twórca tego całego zamieszania, obchodzący dziś rocznicę swoich urodzin. Uśmiecham się, bo jestem zawsze pogodny. Tak, tego też nauczyłem się właśnie tam.

Z błękitnym niebem!

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: