Udało się. Teraz już wiem, że się udało. Nie wiedziałem jak Wam to udowodnić, nie wiedziałem jak Wam to pokazać. Teraz już wiem. Ale najpierw cofnijmy się do końca sierpnia.

Lato powoli się kończyło, ja byłem już w połowie drogi do zaplanowanego zrzucenia 10 kg. Wiedziałem jednak, że sama dieta nie wystarczy, muszę zacząć się ruszać. A z tym był problem. Pisałem już o tym w notce o mojej motywacji – napiszę tu jeszcze raz. To może być olbrzymi truizm, ale naprawdę trzeba znaleźć własną drogę.

Ja miałem duży problem. Nie wychodziły mi ćwiczenia w domu, bo nie jestem odpowiednio zorganizowany i zmotywowany. Siłowni nie lubię – te na Targówku są dość dresiarskie, sam klimat siłowni też mi jakoś nie leży chyba. Dodatkowo nie chciałem jakoś wykupować trenera osobistego, wydawało mi się to drogie, nie miałem wiary w to, że coś mi to pomoże.

Bieganie? Nie. Pisałem już nie raz, nie lubię biegać. Po prostu nie lubię, z wielu powodów. Myślałem, że dużo mi nie zostało. I wtedy jak z nieba spadł kumpel, który zadzwonił z propozycją. Otóż jego szwagier, trener, były zawodnik kulturystyki i MMA, szukał kogoś kto pomoże rozpromować treningi, które prowadzi. Treningi z użyciem EMS, czyli elektrostymulacji mięśniowej. Trochę mnie to zaciekawiło, szybki research w sieci pokazał, że korzystają z tego czołowi biegacze, czy pływacy. Pojechałem więc obejrzeć ten sprzęt, a skończyło się… na umówieniu się co do regularnych treningów.

Zgadaliśmy się z Arturem od razu. Powiedziałem mu jasno – słuchaj, ja mam czytelników, nawet po kilkadziesiąt tysięcy osób miesięcznie, ale to nie są dzieciaki, które kupią dowolny kit. Natomiast jeśli jesteś w stanie coś ze mną zrobić, jeśli mogę być Twoją żywą reklamą – róbmy to. Za chwilę czterdziestka, ja się nieco zapuściłem, jestem na diecie i mam opiekę dietetyczną, więc możecie z dietetykiem współpracować – zróbmy coś.

Na co Artur odparł krótko: CHALLENGE ACCEPTED.

Co się udało w trzy miesiące?

Zanim przejdę do tego co konkretnie robimy i jak to wygląda, słowo o tym, co udało się osiągnąć, żeby co bardziej niecierpliwi czytelnicy nie uciekli. Otóż o ile w przypadku Filipa po prostu mogłem pokazać Wam o ile schudłem i jak wygląda mój brzuch, o tyle tu specjalnym przyrostem masy mięśniowej pochwalić się nie mogę. Dlatego, że nie to było celem treningów. A to, że czuję się o wiele lepiej i jestem ogólnie bardziej fit mogę opowiadać, ale trudno to pokazać. Opowiem więc co zdarzyło się przedwczoraj.

Byliśmy w górach. Ot, rodzinna wyprawa na Śnieżnik. Góry kocham, ale prawdę mówiąc nigdy nie byłem w czołówce maszerujących. Najpierw były to problemy z zatokami i oddychaniem (człowiek szybko się wtedy męczy), a ostatnio po prostu zapuściłem się strasznie kondycyjnie. Byłem więc ciekawy jak moje treningi wpłyną na chodzenie po górach. I powiem Wam, że po dwóch dniach nadal jestem podjarany – nigdy w życiu nie szło mi się tak lekko. Nie zmęczyłem się ani przez chwilę, nie potrzebowałem zatrzymywać się, jeść czekoladę, gdyby nie to, że nie biegam, mógłbym chyba biec. Nie miałem takiej kondycji nigdy w swoim życiu. Serio.

Do tego trzeba przyznać, że lwia część mojego zrzucenia bębna to zasługa treningów, a nie tylko diety. Co więcej, zrzuciłem z 76 na 67 kg, ale jednocześnie masa mięśniowa wzrosła mi o 4 kg! A jako efekt uboczny nauczyłem się boksować, ale o tym za chwilę.

Czy da się ćwiczyć bez wysiłku?

Pamiętacie moje założenia diety? Były jasne – schudnąć nie przerywając hedonistycznego trybu życia. Udało się. Trzeba więc zadać pytanie – czy da się efektywnie ćwiczyć bez zapierdzielania, bez wysiłku i wszystkiego co z tym się wiąże?

NIE.

No nie. Po prostu nie. Oczywiście o ile człowiek nie szprycuje się hormonami, wtedy wszystko jest łatwiejsze, choć też samo się nie robi. Ja nie muszę dodawać, że nie brałem nic z tych świństw.

Z czego składa się mój trening?

Artur wysłuchał mnie dokładnie, ustaliliśmy cele – w grudniu 2018 lecę do Brazylii, celem było tak zwane „beach body”. Zgraliśmy się z dietą Filipa – najpierw zrzucamy wagę do 66-67 kg, potem dopiero zajmujemy się masą. Co więc robiliśmy przez czas chudnięcia?

EMS

Dobra, część z Was czeka pewnie tylko na to. A więc po kolei. Elektrostymulacja mięśni to serie impulsów o określonej częstotliwości i określonej mocy, przepuszczane przez mięśnie. Po założeniu specjalnej bielizny, zakładamy zwilżoną kamizelkę, pas na tyłek, oraz pasy na uda i bicepsy. Wszystko podłącza się do specjalnej maszyny, która wygląda jak equalizer i zaczyna się zabawa. W zależności od programu czujesz jakby mrowienie w mięśniach albo po prostu ręce i nogi same zginają się drżąc jak kończyny alkoholika. Ale jeśli myślisz, że wystarczy pić w tym czasie kawę, to grubo się mylisz.

To ja podpięty pod system EMS. Wykrok nie wydaje się niczym strasznym o ile nie robisz go 50 raz. Pod prądem :)

To ja podpięty pod system EMS. Wykrok nie wydaje się niczym strasznym o ile nie robisz go 50 raz. Pod prądem :)

W trakcie tych impulsów (serie są w zależności od programu przerywane co kilka sekund lub też ciągłe) wykonujesz inne ćwiczenia. Różne. Wydają się proste, ale proste są tylko za pierwszym powtórzeniem. Pajacyki, przysiady, skłony, i różne inne fikuśne pozycje. Tętno skacze do 200 lub więcej, w zależności od tego co robisz. Dzięki elektrostymulacji niepotrzebna jest rozgrzewka, całość też trwa o wiele krócej. Mój cały trening to dwa razy w tygodniu po ok 1 godzina 15 minut, z czego EMS to jakaś połowa.

Wytrzymałość

Całość jak już mówiłem to w dużej mierze trening wytrzymałościowy, a także różne ćwiczenia aerobowe, które pomagają chudnąć. Nie wymienię tu wszystkich, tym bardziej, że Artur ciągle je zmienia. Nudy nie ma :) Ćwiczenia, które wydają się łatwe (przysiad ze ściskaniem plastikowego koła) za 30 razem są nie do zniesienia :) Ale wszystko jest na swój sposób przyjemne, o czym napiszę na końcu.

Walka

Na samym początku Artur spytał mnie czy chcę ćwiczyć walkę. Ja nie chciałem – nie przepadam za tym prawdę mówiąc i nigdy mnie to nie kręciło. Okazało się jednak, że samo boksowanie w celu zmęczenia się, spodobało mi się na tyle, że zacząłem mocniej rozwijać się w tym kierunku – to jest fajne, Artur pyta mnie co mi się podobało i możemy spokojnie rozwijać te ćwiczenia, które mnie kręcą. Po trzech miesiącach moje proste, sierpowe, czy podbródkowe, a nawet rozłupywanie nosa przeciwnika o moje kolano, całkiem się poprawiły ;) Choć nadal nie traktuję tego jakoś bardzo poważnie.

W ryj dac mogę dać!

W ryj dac mogę dać!

Stretching

Na końcu każdego treningu rozciągam się. Ale na serio porządnie. W przyszłym roku mam zrobić szpagat. Jestem gdzieś w połowie drogi i choć miałem już komentarze w stylu „o, sadomaso” to… tak, macie rację. Ma to coś w sobie z masochizmu. Trzeba przekroczyć pewną granice bólu, by posuwać się w tym naprzód. Ale sama myśl, że jestem w stanie zrobić szpagat jak van Damme – wow, serio, nie uwierzę dopóki mi się nie uda.

Czy to jest sado-maso? Nie wiem czy sado, maso na pewno tak :P

Czy to jest sado-maso? Nie wiem czy sado, maso na pewno tak :P

Klimat

I teraz uwaga, rzecz najważniejsza. Mogłem robić to samo – teoretycznie – w jakiejś siłowni. Cena i wiara w siebie to jedno. Ale jak mówiłem słuchanie rosyjskiego eurodensu i pojękiwania dresów jakoś mnie nie kręci. Kiedy wszedłem do mieszkania Artura (tam ma urządzoną salę do ćwiczeń) zobaczyłem na ścianie rząd gitar elektrycznych. Szybko zgadaliśmy się muzycznie, okazało się też, że jesteśmy z tego samego rocznika. A potem wszystko poszło już samo.

Przyjmij tę katanę na znak mojego coś tam coś tam

Przyjmij tę katanę na znak mojego coś tam coś tam

Wyobraź sobie, że zamiast słuchania „ona czuje we mnie piniondz” słuchasz muzyki z Kill Billa albo Ostatniego Samuraja, a ćwiczenie polega na przekazywaniu katany. Albo, że uderzasz w rękawicach bokserskich w rytm muzyki z Rocky’ego. Albo maszerujesz w rytm ACDC. Do tego przegadaliśmy wszystkie chyba możliwe seriale, nie mówiąc o filmach walk z lat 80. No jest klimat :)

Co, gdzie, jak?

Nie jestem jeszcze w stanie zaprezentować wam moich boskich muskułów po przemianie, gdyż dopiero od dziś wskoczyłem na dietę, która pozwoli moim mięśniom na przyrost. Musicie jednak uwierzyć mi na słowo, że moja kondycja jest obecnie legendarna, a mięśnie brzucha trzymają się same z siebie – nie musze ich ani specjalnie napinać, ani go wciągać. Nie ma już zbyt czego wciągać :) Obiecałem Arturowi, że napiszę, zresztą dlaczego miałbym trzymać to dla siebie? Wiem, że sporo z Was zapisało się już do Filipa, czyli mojego dietetyka.

Artur dojeżdża ze sprzętem tam gdzie chcesz, można też ćwiczyć u niego, na Wilanowie (ul. Hlonda). Pierwsze spotkanie jest gratis, potem ceny kształtują się następująco:

Na miejscu, przy 30 treningach, cena jednego to 95 zł. Przy 10 treningach – 110 zł. Z dojazdem w Warszawie – odpowiednio 110 i 130. Pierwszy trening za darmo.

Czy to dużo? Biorąc pod uwagę, że jest w tym siłownia, trener osobisty oraz sprzęt EMS – nie sądzę. Poza tym jeśli mnie znasz i cokolwiek znaczy dla Ciebie moje zdanie – ręczę, że to nie ściema :) A miałem już kilku trenerów w swoim życiu, którzy nic dobrego ze mnie nie wyrzeźbili.

Namiary:

Artur Rećko

tel: 663870777

Czy warto?

Już chyba odpowiedziałem na to pytanie. Na pewno warto spróbować. A nuż i dla Ciebie będzie to coś, co przełamie niechęć do ćwiczeń. Mówiłem, że jest to wysiłek – tak, to nie robi się samo. Ale jest to wysiłek przyjemny. Chodzenie z plecakiem to też wysiłek, a jednak przyjemny, przynajmniej dla mnie. A gdy ćwiczenia przynoszą rezultaty – jest to podwójnie przyjemne. Ja jestem dopiero po 20 treningach, a efekty są naprawdę lepsze niż wtedy gdy chodziłem sobie ot tak na siłownię, nawet przez rok, nieregularnie, ćwicząc coś tam, albo coś innego. Tu mam opiekę i jestem umówiony – głupio mi nie przyjść skoro jesteśmy umówieni, prawda?

A na wiosnę – no cóż, mam nadzieję, że na wiosnę, stanę przed lustrem i powiem sobie: WELL PLAYED!

(Ech, teraz już nie mogę wymięknąć :P)

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: