Dziś wydaje się to trochę abstrakcyjne, ale w początkach kina, aktorzy nie byli wcale gwiazdami. Dopiero po jakimś czasie wytwórnie filmowe wpadły na pomysł, by uczynić z nich gwiazdy, oczywiście w celu zwiększenia oglądalności filmów. Nie stroniono od skandali, a nawet im przyklaskiwano. Dziś ta rzeczywistość zupełnie nas nie dziwi.

Większość z nas urodziła się właśnie w takiej rzeczywistości. Gwiazdy i zwykli ludzie. Nie tylko gwiazdy kina rzecz jasna, choć te błyszczą na firmamencie najjaśniej. Gwiazdy estrady, czy gwiazdy telewizyjne. Wszystkie błyszczące gdzieś tam z dala od nas, zwykłych szaraków, którzy mogą najwyżej poczytać o ich poczynaniach w kolorowych czasopismach. Kto z kim ma dziecko, kto się rozstał. Gwiazdom dużo wybaczamy, nie dziwi nas ich często hulaszczy tryb życia, czy liczne rozwody. I tak to właśnie wyglądało aż… przyszedł internet i wszystko pozamiatał.

Bo nagle okazało się, że nie ma już podziału na zwykłych ludzi i gwiazdorów, że to pełne spektrum – od malutkich, lokalnych gwiazdeczek, po wielkie gwiazdy Youtube’a. A co najważniejsze ich ilość wzrosła tak wykładniczo, że dziś trudno się w nich wszystkich połapać. I nie mówię tylko o różnicy pokoleniowej – rodzice pewnie ogarniają gwiazdy kina, ale nie poznają żadnego youtubera. Coraz częściej słychać „a kto to w ogóle jest?”. I co z tego, że nie wiesz, skoro osobę tę obserwują w sieci setki tysięcy osób…

***

Było to może raptem z pięć lat temu, do blogosfery zdążyłem się już przyzwyczaić. To właśnie blogerzy byli dla mnie symbolem tych mini celebrytów, kimś pomiędzy szarym człowiekiem, a gwiazdą dużego ekranu. Oczywiście i oni różnili się kalibrem, a także swoim ego, ale zazwyczaj mieścili się w tej kategorii. I wtedy przyszli youtuberzy i… wszystko wywróciło się do góry nogami.

Pamiętam pierwsze relacje z youtubowych eventów. I choć dużo już widziałem, to trochę w to nie mogłem uwierzyć. Tysiące ludzi, tłumy jak na koncertach. Piski, autografy, selfie. Zupełnie inny poziom gwiazdorstwa – to już nie było coś pomiędzy dużą gwiazdą, a szarym człowiekiem. To coś o wiele więcej, to gwiazdy świecące jaśniej i mające więcej fanów niż niejeden aktor telewizyjny, czy nawet kinowy. I nie chodziło mi tylko o ich zasięgi, czy wartość reklamową, a o ilość fanów. Nie po prostu widzów – FANÓW. Zacząłem się wtedy zastanawiać – co w tym jest takiego, czy to kwestia obrazu zamiast tekstu? A może coś jeszcze innego?

***

To była jedna z blogerskich imprez. Na tych imprezach są głównie blogerzy, choć na części z nich pojawi się zawsze nieco youtuberów. Imprezy youtuberskie wyglądają zgoła inaczej. Na imprezach blogerskich są sami blogerzy – mają one charakter warsztatowy, są prelekcje, panele, networking. Imprezy youtuberskie to przede wszystkim spotkania z rzeszami fanów, bramki, autografy, pisk i błysk fleszy. Bo szczerze – nie wyobrażam sobie żadnego blogera do którego przyjeżdżają fani z drugiego końca Polski. No… prawie. Właśnie.

Wyszliśmy przed budynek. Razem z nami wyszła Jessica Mercedes Kirschner – blogerka modowa. Nie minęło 30 sekund, zauważyły ją jakieś dziewczyny po drugiej stronie ulicy. Przybiegły, autograf, pisk. Właściwie nikt oprócz niej się dla nich nie liczył. Prawie.

Był z nami D. będący co jakiś czas Cyber Marianem. Patrzę się na całą sytuację i mówię:

– Ej, przebierz się za Mariana!

– Eee, daj spokój.

– No chodź, osłonię cię.

Idziemy za róg, peruka, okulary, wąsy. Wychodzi. Dużo nie było trzeba.

– CYYYBEEERMAAAAARIAAAAAAAN!

Ale zaraz, on jest youtuberem, Jessica przecież blogerką. No właśnie, szafiarki łączą te dwa światy z pewnego względu, ale o tym za chwilę. My byliśmy tam tylko szarakami. I nie mówię tylko o sobie, myślę, że nawet Kominek, czy ktokolwiek inny nie wywołałby takiego poruszenia.

***

Nie dawało mi to spokoju. Rozmyślałem nad tematem i obserwowałem. Miałem pewne teorie, ale nie chciałem z nimi zbyt szybko wyskakiwać. Nie chciałem też patrzeć przez pryzmat siebie, naprawdę nie jestem jakimś bardzo zasięgowym twórcą, choć to fakt, że jestem czytany przez prawie tylko osoby z grupy 25-35. A jeśli już to jeszcze starsze niż młodsze.

Iskrą były ostatnie wydarzenia na kanale Krzyśka Gonciarza. Jednego z najlepszych polskich twórców internetowych – na poziomie, zarówno jeśli chodzi o treści jak i o formę. Krzysiek zapowiedział swoje koszulki. Na kanale rozpętała się burza – koszulki po 99 zł? Jak to! Za drogo! Było sporo hejtu i niewybrednych komentarzy. Ok, komunikacja tych koszulek może rzeczywiście byłą nieco zwalona, ale ja nie zwracałem uwagi na to. Zastanawiałem się dlaczego jego społeczność, społeczność którą tworzy od lat, której poświęcił wiele lat życia, właśnie tak reaguje? Przecież znam wielu youtuberów mających koszulki w podobnej cenie, czy o wiele droższe bluzy. Tam nie ma hejtu, jest zbieranie kasy nawet przez pół roku przez dzieciaki i kupowanie ich. No właśnie… dzieciaki. I od tego zaczniemy.

1. Demografia

Nie oszukujmy się. To JEST najważniejszy czynnik. Nastolatki od zawsze potrzebowały idoli. Wszyscy ich mieliśmy. Kiedyś byli to idole muzyczni, czy filmowi, którzy plakaty z BRAVO wieszaliśmy w pokoju. Dziś tę rolę w dużej mierze pełnią youtuberzy. I tak, choć spora część z nich będzie się upierała, że ma publikę 25+ to proszę ja was bardzo, to bajki są :) Znakomitą większość publiki stanowią dzieciaki. Zresztą o ile na początku wspominanie o tym było zawsze odbierane źle, o tyle chyba już wszyscy ogarnęli, że nie ma co się z tym kryć. Ja tego nie oceniam zupełnie, nie ma nic złego w byciu twórcą dla 40 latków, 20 latków, czy nawet 10 latków. Natomiast to rzeczywiście inne liczby są zupełnie.

To pokolenie zupełnie inaczej konsumuje media. Dla nich youtube to normalność. Moje dzieciaki wolą youtube i netflixa od telewizji. Kiedyś tworzyło się gwiazdy dla dzieci przebierając dorosłych – naszymi gwiazdami był Pan Tik Tak i Ciotka Klotka. Dziś dzieciaki mają youtuberów grających w Minecrafta. Wystarczy spytać dzieci waszych znajomych, czy młodsze rodzeństwo w tym wieku – to oni pojadą na drugi koniec polski po autograf, czy selfie. Rozmowa o internecie w takim towarzystwie zaczyna się dopiero gdy dowiadują, się którego youtubera znam. Jestem wtedy przez chwile jak księżyc – świecę światłem odbitym. Bo po drugie jak już pisałem oni potrzebują idoli i podchodzą do nich zupełnie inaczej niż chociażby Wy do mnie.

Jedno jest pewne – im starszą masz grupę docelową tym trudniej zbudować duży zasięg, jeszcze trudniej duże zaangażowanie, a już najtrudniej stosunek fan-idol. Nie to, że to niemożliwe, ale o wiele trudniejsze.

Bo jako ludzie dorośli nie ulegamy tak często złudzeniom, nie mamy aż tak często idoli do których podchodzimy bezkrytycznie. Trzeba też na nas zrobić o wiele większe wrażenie. Ale weźmy nawet Maćka Stuhra, którego fanami jest pewnie wielu z nas. Czy komuś z Was chciałoby jechać się na drugi koniec Polski, by wziąć od niego autograf lub wziąć udział w spotkaniu? Dzieciaki stoją w długich kolejkach na mistrzostwach Intela, w deszczu. Nie mając gwarancji, że się dostaną. Nie oszukujmy się, w dorosłym świecie to raczej mało możliwe. No chyba, że w świecie muzyki, ale jak mówię to już zupełnie inny kaliber i o wiele większa energia potrzebna do stworzenia takiej więzi.

2. Twarz

Kolejna bardzo ważna i dość oczywista sprawa jeśli chodzi o rozpoznawalność to twarz. Youtuber, czy blogerka modowa są bardziej rozpoznawalni na ulicy, bo w swojej twórczości grają twarzą. Po prostu. Na takiej samej zasadzie prędzej rozpoznamy na ulicy nawet pośledniejszego aktora, niż znanego pisarza. Dziś może jest już nieco inaczej, bo oni też mają swoje profile w mediach społecznościowych i grają niejako twarzą. Ale wiele z nich nie jest aż tak bardzo rozpoznawalnych. Czy to ma jednak przełożenie na „fanostwo”? Nie wiem prawdę mówiąc. Natomiast na pewno brak jej pokazywania uniemożliwia zostanie fanem. Weźmy niektóre blogi kulinarne – tam autorzy albo celowo chowają swoją tożsamość, albo nieodpowiednio ją eksponują. Ot, wygooglam, ugotuję, zapomnę. Trudno by taka osoba była moim idolem.

3. Wyrażanie poglądów

I tu dochodzimy do kolejnej bardzo ważnej kwestii. To rzecz, którą zauważyłem dopiero po jakimś czasie. Wiecie czym różnią się twórcy internetowi? Niektórzy z nich w swoją działalność nie mają zupełnie wpisanego wyrażania poglądów, przynajmniej politycznych. Tworzą treści – wiedza, rozrywka, ale nie wyrażają poglądów. A brak wyrażenia poglądów to o wiele mniej oponentów w dyskusjach i o wiele mniej hejterów. Uwaga, nie twierdzę, że jedno lub drugie jest lepsze. Bynajmniej. Ale dziś, w czasach gdy nawet gimnazjaliści mają poglądy polityczne, wyrażanie ich zawsze kończy się burzą w komentarzach. Poglądów nie wyraża Cybermarian, Paweł Tkaczyk, Arlena Witt, Abstrahuje, Szarmant, Monika Kamińska Mr Vintage, czy Red Lipstick Monster. Ich twórczość internetowa polega na czymś innym, piszą na inne tematy i – pewnie dość świadomie – tego unikają. Blogerki parentingowe – różnie z tym bywa. Moja Mary wyraża mocno poglądy tylko na tematy związane z macierzyństwem, ale tam gdzie ma rzeczywiście zdecydowaną opinię – szczepionki, czy odpowiedzialne wożenie dzieci w fotelikach. A już i tam pojawiają się wtedy zgrzyty i wymiana zdań.

To doskonale widać u Grześka Marczaka, który na codzień pisze o technologii ale raz na jakiś czas napisze coś okołopolitycznego i wtedy zaczyna się jazda w komentarzach. Bo jako osobę piszącą o technologii czytają go zarówno liberałowie, konserwatyści, czy socjaldemokraci. Ale gdy mówi na konretny temat – zaczyna się jazda. Kilka razy nawet ktoś mu zarzucił, że nie chce by pisał takie rzeczy na… prywatnym profilu. Grzesiek zresztą potwierdza te wszystkie moje założenia – ma nieco starszą target grupę i nie wydaje się wcale ich idolem. Nawet gdy pisze o technologii, po tylu latach tworzenia treści za friko, dostaje baty za każdą literówkę, które zresztą stały się jego znakiem rozpoznawczym.

Gonciarz wyraża poglądy. I bardzo się cieszę z dwóch powodów – po pierwsze robi to niewielu twórców celujących w jednak dość młodą grupę docelową, po drugie cieszę się, bo są ona raczej zbieżne z moimi :> Ale spójrzmy prawdzie w oczy – przez to ma mnóstwo bagna w komentarzach. Jest wyzywany ciągle od lewackich szmat i tak dalej, ja myślę, że dużą część hejtu nakręciły mu właśnie takie osoby będące członkami jego społeczności. A Gonciu ma nieco starszych widzów – jeszcze nie trzydziestolatków, ale już nie ślepo zapatrzonych w niego 12 latków. Ktoś nawet napisał mu pod filmem o koszulkach „to, że oglądam twój kanał nie oznacza, że będę chodził z twoją twarzą na koszulce, bez przesady”. I o to chyba tu chodzi. To jest ta granica między byciem fanem a widzem.

Dobrym przykładem jest też Filip Springer, który jest przede wszystkim fotografem i reporterem, autorem książek, ale także osobą publikującą często na Facebooku. Filip ma poglądy klasycznie lewicowe i nie kryje się z tym zupełnie w swoich postach. Ma dość dużą, dorosłą społeczność, która przyszła do niego głównie za sprawa książek. Książek w których pisze o architekturze, o spuściźnie PRL i innych tematach niekoniecznie związanych z polityką. Gdy więc wyraża dobitnie swoje poglądy – w komentarzach wrze. Jest kulturalniej niż na Youtube, publika jest starsza, jednak to zawsze dzieli.

Paweł Opydo też wyraża swoje poglądy. Ale u niego sprawa jest jasna. Wystarczy, że powiesz nieodpowiednie słowo i BENG! A raczej BAN! No cóż, to też jakiś sposób.

4. Jakość treści

Ale jak już mówiłem – to tylko czynniki ograniczające. Bo jeśli nawet nie grasz twarzą, jeśli masz starsza publikę, to da się mieć fanów. Ot Janina Daily – jest po prostu tak zajebista, że dorośli ludzie jawnie przyznają się do bycia jej fanami i częścią #DrużynaJanina! No ale tak, ona tworzy treści lekkie i humorystyczne, nawet bardzo humorystyczne. Może to też jest kluczem?

Do tego kwestia wyspecjalizowania się – mam wrażenie, że starszy widz łatwiej staje się fanem twórców – specjalistów. Nie twórców lifestylowych. W ogóle szeroko rozumiany lifestyle jest fajny dla nastolatków – one chcą wiedzieć jak żyć, poza tym ich życie jest jednak dość podobne, większość ma te sme szkolne problemu itp. Później życiorysy totalnie się rozjeżdżają. A dorośli bardziej doceniają twórców będących specjalistami – takich jak choćby Michał Kędziora, czyli Mr Vintage. Na festiwalu whisku widziałem podchodzących do niego fanów, właśnie fanów – Panie Michale, czy mogę zdjęcie? Rozpoznawalny (zdjęcia), szanowany, itp. Choć nie wiem nadal czy ktoś chciałby nosić koszulki z jego podobizną. Ale już rzeczy premium, które on firmuje? Jak najbardziej. Zarówno on, Roman czyli Szarmant i Monika Kamińska, czyli Black Dressess sprzedają rzeczy premium o wiele droższe i raczej nikt im nie bruździ.

Reasumując

Sprawa fanostwa to kwestia dość skomplikowana, ale moim zdaniem opierająca się właśnie na tych przesłankach. Nie oszukujmy się – masowość publiki, jej zaangażowanie, a także pełne oddanie to w dużej mierze domena młodej publiki. I dobrze, treści dla nich też są potrzebne. Ale jeśli ktoś zbudował zasięg na młodzieży to będzie ponosił tego konsekwencje…

Ze starszą publiką będzie coraz trudniej – będzie jej coraz mniej, będzie się mniej angażowała, a na pewno będzie znacznie mniej w pełni oddana. Szczególnie jeśli twórca wyraża poglądy. Ale będzie bardziej przewidywalnie.

A może to wszystko nieprawda i tak sobie tylko to wszystko tłumaczę, jako autor do dorosłej publiki? Cóż nie powiem, że nie raz zazdroszczę tego niektórym twórcom. Bo to nie kwestia wieku autora – są ludzie w moim wieku lub starsi tworzący dla młodych. Jest blichtr, jest splendor, są flesze. Jakaś tam próżna część mnie pewnie by tego chciała. Nawet mnie zdarza się spotkać mojego czytelnika na ulicy, ba, raz nawet za granicą. Ba, raz takowego spotkała w samolocie moja Mama i jakoś to wyszło w rozmowie, że jest moją Mamą, po czym gdy usłyszała, że ów człowiek lubi mnie czytać, prawie wybuchła z dumy co na pokładzie samolotu mogłoby być niebezpieczne ;)

Ale przecież nie będę z tego powodu pisał dla nastolatków, nie przestanę też wyrażać swoich poglądów. Takim eksperymentem był osobny blog Never Grow Up i osobny Subiektyw, ale mi to nie wyszło. Chyba musze je wyrażać :) Najwyżej założę wreszcie ten kanał, ale ciągle nie jestem do końca przekonany, czy byłyby z tego jakieś liczby, bo oje drogie staruchy, Wy się z Youtubem aż tak bardzo nie lubicie niestety, co zrobić. I tym optymistycznym akcentem zakończę. A jak się mylę, to mi wytknijcie – tu akurat każdy jest chyba specjalistą :)

P.S. Zdjęcie (By Kamil Rutkowski) przedstawia mnie i Łukasza Głombickiego pozdrawiającego tłumy, które przyszły nas oglądać na Inytel Extreme Masters 2015.

Żartuję. Oni mieli nas w dupie. Przyszli oglądać gwiazdy Youtube :)

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: