O grillach gazowych słyszałem nie raz. I choć mogłem wyrobić sobie zdanie na ich temat w myśl „Polak zna się na wszystkim”, zdawałem sobie sprawę z kompletnej niewiedzy w tym temacie. Owszem, spotkałem się z nim raz, jeszcze gdy mieszkałem w Szwajcarii. Sąsiad posiadał dwa grille – z tradycyjnego serwował zwykłe kiełbasy i karkówkę, natomiast na gazowym piekł udziec. Udziec, który piekł się dobrych kilka godzin na wolnym ogniu.

Lata mijały, a ja nabywałem kolejne grille – wszystkie węglowe. Grillowanie sprawia mi wiele radości, choć prawda jest taka, że nie robię tego zbyt często, wiąże się to po prostu ze sporą ilością roboty. I czasu – a tego w nadmiarze nie posiadam :) Dlatego z lekką zazdrością spoglądałem na grille gazowe. Aż w końcu nadarzyła się okazja – firma Gaspol zaproponowała mi takowego grilla z prośbą o jego użytkowanie i opisanie wrażeń. Czy mogłem odmówić? Czy JA mogłem odmówić jedzenia? Oczywiście że nie :D

Zebrałem więc kilku specjalistów od grillowania i jeszcze większą ilość tych od pożerania, i w pocie czoła, z wielkim poświęceniem zjedliśmy kilka kilo mięsa i warzyw, wprzódy poddając je obróbce termicznej. Jak wrażenia? Po kolei.

Wygoda

Nie można zacząć od czegokolwiek innego. No nie można. Bo co by nie mówić o grillu gazowym trzeba przyznać jedno – on jest cholernie wygodny. Ale nie „troszkę bardziej wygodny”. To jest po prostu zupełnie inne grillowanie.

Nie zrozum mnie źle. Lubię grillować na węglu i raz na jakiś czas przeprowadzić całą ceremonię grillowania, bo to właśnie trzeba nazwać ceremonią. Ceremonią w której wszystkiego trzeba dopilnować.
Najpierw odpowiednie rozpalanie węgla – to dobre 15 minut czekania. Dbanie o to, by węgiel był dobrej jakości, by nie był wilgotny. Czasem jednak po prostu kupisz taki mało energetyczny i nic z tym nie zrobisz. Widzisz, że mięso za słabo się grzeje i jedyne co to wycieczka po nowy. Czasem sam fakt jego istnienia jest problematyczny i trzeba dymać na najbliższa stację benzynową.

Potem pilnowanie czy temperatura jest w porządku, a także jego dosypywanie w odpowiednim momencie. Do tego żonglerka wysokością grilla, przykrywą lub w ostateczności wodą. Tak, ja to wszystko lubię. Ale…
Ale nie zawsze. Czasem po prostu nie mam czasu. Nie wyobrażam sobie posiłku na takim grillu na szybko. Kiedy siedzimy sami z Mary w domu. Lub kiedy mamy mało czasu. Nie chce mi się rozpalać grilla dla dwóch kiełbasek, czy nawet dwóch dobrych steków. Po prostu.

Druga sprawa to możliwość skupienia się. Idealnie jest wtedy, gdy możesz poświęcić się w pełni grillowaniu – mięso i warzywa przygotowane, ty masz dużo czasu i pilnujesz, czy wszystko jest w porządku. Ale rzeczywistość jest zazwyczaj zupełnie inna. Przychodzą kolejni goście, ja muszę ich przywitać, upewniam się czy w szklankach pełno. Dodatkowo sam wychylam swoją raz, drugi i grill po prostu przestaje być najważniejszym elementem o którym dbam. I już problem – węgiel się wypala, a mięso przypala.

I tu napiszę o rzeczy dość oczywistej, ale jednak kolosalnie ważnej – grill gazowy jest naprawdę wygodny. Po prostu. Rozpalanie trwa tyle ile przekręcenie kurka na butli i przekręcenie palników. Regulacja temperatury – podobnie. To naprawdę sekundy. I tak, ma to znaczenie.

Nigdy nie chciałoby mi się rozpalać grilla węglowego dla dwóch burgerów :)

Nigdy nie chciałoby mi się rozpalać grilla węglowego dla dwóch burgerów :)

Ale zanim usłyszę, że nie wiem co to grillowanie i że prawdziwy facet to… bitchplease. Wiem co to grillowanie.
Grillowałem na naprawdę wielu grillach, piekłem na ognisku, w gorącym popiele, na własnoręcznie zbudowanej kuchni polowej, smażyłem jajko na rozgrzanym w ognisku płaskim kamieniu. I właśnie dlatego wiem, że czasami po prostu mi się nie chce.

To trochę jak w moim pierwszym samochodzie, który miałem – Wołdze GAZ 24, która miała możliwość bycia odpalaną na korbę. I fajne to było bardzo, nawet bardzo bardzo. Szczególnie gdy tłum gapiów na pobliskim przystanku patrzył z rozdziawionymi gębami. Ale częściej po prostu korzystałem ze stacyjki. Ot co.

Jak to działa?

Grille gazowe mają różne konstrukcje. Ten, który testowałem posiada 3 podłużne palniki przykryte specjalnymi blachami, które powodują iż potrawa nie znajduje się bezpośrednio nad płomieniem. Istnieją też modele wyposażone w system palników bocznych, czy inne systemy podgrzewania.

Dodatkowy palnik

Dodatkowy palnik

Mój model posiada dodatkowo boczną półeczkę z palnikiem – choćby do podgrzania sosu, czy podgotowania ziemniaków bez odchodzenia od grilla.

Jest inaczej

Pomny jestem jednak kilku wyjaśnień, zanim zostanę w komentarzach zjedzony przez moich znajomych testujących kilka dni temu mięso, a raczej węgiel, który im zaserwowałem. Otóż na grillu gazowym grilluje się… inaczej. Niby tak samo, ale jednak inaczej. Najlepszym wytłumaczeniem będzie chyba porównanie gotowania na płycie ceramicznej i gazie. Każdy, kto jest przyzwyczajony do jednego z tych rozwiązań, będzie dziwnie czuł się na drugim. To trzeba wyczuć – ciepło rozchodzi się nieco inaczej, ale przede wszystkim oznaczenie „max” naprawdę oznacza „max” przy wszystkich włączonych palnikach i zakrytej pokrywie, temperatura w środku osiąga nawet 300 stopni.

Dlatego po pierwszej porażce porzuciłem grillowanie na pamięć i bacznie zacząłem obserwować grillowane potrawy i przerzucać je na górną półkę lub na bok – no właśnie, przecież w każdej chwili możesz wyłączyć jeden z palników i mieć podgrzewane tylko pół grilla.

Brak dymu – ekologia, zdrowie i brak zapachu.

Nie chcę wyjść na przesadnego freaka ochrony środowiska, w końcu wypaliłem w swoim życiu mnóstwo ognisk, ale wiem, że dla niektórych może to mieć znaczenie. Tak, grillując na gazie nie emitujemy tyle dymu. W dywagacje ekologiczne nie będę tu wchodził – zrobił to za mnie Gaspol, który zlecił specjalistom z Politechniki Warszawskiej zbadanie dymu z grilla opalanego węglem, gazem i brykietem. Nie wchodząc w szczegóły samego badania – grill węglowy emituje 27 razy więcej cząstek zanieczyszczających powietrze niż gazowy, a opalany brykietem 13 razy. Ciekawie, jest również w przypadku składu samego dymu – ten z węgla drzewnego zawiera 12 z 16 toksycznych substancji(co najmniej pięć silnie rakotwórczych!), brykiet 13 – dla porównania gaz – 0. Samo badanie było dość skomplikowane, ale liczby dają do myślenia.

Wiem też na pewno, że brak dymu może być w niejednych warunkach zaletą. Zapach dymu lubię (i wcale nie musimy z niego rezygnować, ale o tym za chwilkę), ale czasem po prostu możesz go nie chcieć. Choćby grillując w deszczu pod markizą, z chęci nieuwędzenia siedzących obok gości. Albo dlatego, że grillujesz na balkonie, czy w innym miejscu w którym będzie to przeszkadzało innym.

Goście pamiętający moją niegdysiejsza Imprezę z Umywalką (opis tego nie nadaje się na bloga, opowiadam o niej osobiście) pamiętają, że po wrzuceniu o północy zbyt dużej ilości steków na ruszt, i chili do ognia, sąsiadka zbuntowała się i delikatnie, acz stanowczno kazała nam zakończyć ogródkową obróbkę termiczną. Żeby nie było – zupełnie nie mam do niej żalu :)

Grillowanie kojarzy się też nam ze zdrowiem – jest zazwyczaj o wiele zdrowsze niż smażenie na patelni z dużą ilością tłuszczu. Choć… tłuszcz skapujący na gorące węgle wcale nie jest bez znaczenia, niestety powoduje wydzielanie się substancji rakotwórczych. I choć w małych ilościach ich kumulacja będzie raczej bez znaczenia, to przy częstym grillowaniu… cóż, nie jestem lekarzem, ale wiem, że dla wielu osób może to być czynnik dość ważny. Oczywiście w tradycyjnym grillu też możemy tego uniknąć choćby stosując metodę grillowania pośredniego – mięso nie znajduje się nad węglami, tylko z boku, lub nad ustawioną specjalnie tacką z wodą do której kapie tłuszcz. W grillu gazowym natomiast nie mamy z tym zupełnie problemu – tłuszcz skapuje na blachy, ześlizguje się po nich na dno grilla, a następnie do specjalnej miseczki.

Ale co ze smakiem?

Co niecierpliwsi przewijają już pewnie w poszukiwaniu odpowiedzi na jedno najważniejsze pytanie – ale co ze smakiem?! Otóż tu sprawa nie jest jednoznaczna.

Tak, oczywiście potrawy grillowane na gazie będą miały inny smak niż te grillowane na węglu. Ale to trochę jak z pizzą z pieca opalanego drewnem versus z pieca elektrycznego. Po pierwsze nie każdy to wyczuje. Po drugie jadałem przepyszne pizze z tego drugiego, w różnych regionach Włoch. Tak naprawdę najważniejsze okazywały się składniki i sposób pieczenia. To samo tu – jadałem paskudne, wysuszone kiełbachy, czy karkówki z grilla węglowego, udało mi się też zrobić niezłe steki, czy skrzydełka na gazowym. Ale rzeczywiście palony węgiel drzewny wydaje charakterystyczny aromat. Choć…

Ja od ponad roku posiadam grilla węglowego z wędzarką. To taka mała komora do której wsypuję trochę rozgrzanych węgli, po czym kładę na niej kawałek drewna liściastego lub garść namoczonych w wodzie trocin. Dym przedostaje się do głównej komory i przenika potrawy. W wielu regionach świata to właśnie taki drzewny grill jest kultowy i to do niego zawsze się równa. W porównaniu z nim potrawy grillowane na węglu są nijakie. Pamiętam z Turcji grillowane na drewnie pomidory – praktycznie bez przypraw. Albo ryby z Chorwacji – to dopiero jest smak! Czy jesteśmy więc skazani na zupełne zapomnienie o smaku dymu? Niekoniecznie!

Szybki przegląd YouTube’a zaprowadził mnie do miejsc w południowych USA gdzie ważący ponad 100 kilo miłośnicy mięsa, opowiadali z pięknym południowym akcentem o tym jak uzyskać taki smak i zapach. Także na grillu gazowym!

To nic trudnego – wystarczą skrawki do wędzenia czy grillowania, które możesz nabyć w większości marketów budowlanych. Te oryginalne Webera są dość drogie, bo kosztują ok 50 zł za worek, ale ja ostatnio kupiłem polskie za kilkanaście złotych. Do wyboru jabłoń, śliwa, wiśnia czy inne aromaty. Pamiętaj jednak, by nie były zbyt drobne (jak do wędzarni elektrycznych), bo zbyt szybko się spalą. Moczymy je w wodzie kilkanaście minut, a następnie wkładamy do woreczka zrobionego z folii aluminiowej, w którym to wykonujemy otwór. Tu musisz pokombinować – zbyt słabo ogrzewane nie dadzą dymu, zbyt mocno – zaczną się palić. Ważne, by poszedł z nich dym, który idealnie doprawi mięso.

Widoczna z tyłu folia z wiórami z jabłoni - nawet lekko wydobywający się z niej dym dodaje smaku, ale wtedy nie grillujemy już bezdymnie - decyzja należy do ciebie

Widoczna z tyłu folia z wiórami z jabłoni – nawet lekko wydobywający się z niej dym dodaje smaku, ale wtedy nie grillujemy już bezdymnie – decyzja należy do ciebie

A więc tak, nie będę ściemniał, że smak jest taki sam. Jest inny, ale dla mnie i tak sam węgiel niewiele zmienia – dopiero doprawienie dymem dodaje prawdziwego aromatu, a tego możemy dokonać także na grillu gazowym.

Stała temperatura

Wspomniałem na początku o grillu u moich sąsiadów w Genewie. Tak, możliwość grillowania w stałej temperaturze przez długi czas to bardzo przydatna sprawa. Grill węglowy praktycznie nie daje nam takich możliwości – początkowo rozpalony węgiel daje bardzo wysoką temperaturę, a już po 15-20 minutach musimy pomyśleć nad jego dosypaniem. I niestety ochłodzeniem komory, bo inaczej nie da się tego zrobić.

Ciężko tego dokonać na grillu węglowym

Ciężko tego dokonać na zwykłym grillu węglowym, dopiero bardzo drogi ceramiczny utrzymałby temperaturę

Tu możemy wstawić udziec, kurczaka w całości, szynkę, czy każdy inny kawał mięcha i po prostu powoli go podgrzewać – zupełnie jak w piekarniku.

Podsumowanie

Grille gazowe są zazwyczaj droższe od węglowych, choć jeśli zapragniemy mieć grill dobrej firmy i dobrej jakości, to cena nie będzie wcale specjalnie się różnić. Wygoda jest oczywista i w wielu przypadkach to po prostu się przydaje. Smak różni się, choć wyczują to tylko co wrażliwsze podniebienia, a w przypadku używania wkładów z wiórami z drewna, możemy uzyskać naprawdę ciekawe efekty. Unikamy też tłuszczu kapiącego na węgle, a także dymu.
Czy warto? Moim zdaniem warto. A jeśli nie wierzysz – pokażę przy okazji. Nie dla każdego chciałoby mi się rozpalać grill węglowy, ale z gazem nie będzie problemu :)

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: