Na samym starcie muszę powiedzieć jasno – jestem kierowcą. I to kierowcą ze sporym stażem – w tym roku stuknęło mi 20 lat z prawem jazdy. Przejeździłem samochodem Europę, zdarzało mi się jeździć w miastach z ruchem lewostronnym, byłem w wielu stolicach, przecinałem kraje autostradami.

W Warszawie poruszałem się samochodem wtedy kiedy mogłem, z roku na rok obserwując coraz większe korki i coraz większe problemy komunikacyjne. Zrzucałem to na karb nieudolnej polityki drogowej, zbyt wąskich dróg, zbyt małej ilości dróg i innych tego typu spraw. Jak wiele kierowców nie dopuszczałem do siebie jednej myśli – jeśli ilość samochodów będzie rosła, to nigdy nie zbudujemy dostatecznej ilości dróg, by się zmieścić. Tak, MY, bo warto tu myśleć o wszystkich, nie tylko o sobie. Nawet z czysto egoistycznego punktu widzenia – jestem częścią całego ruchu i przecież jego zagęszczenie wpływa bezpośrednio na mnie i moje opóźnienia.

Szoku doznałem, rok po tym, gdy zacząłem pracować z domu. Moja poranna trasa zmieniła się w krótkie tournee po dzielnicy – rozwiezienie dzieciaków do przedszkoli i żłobków, oraz powrót do domu. I wszystko było piękne, dopóki nie musiałem wyjechać na miasto w godzinach szczytu, czego udawało mi się przez długi czas unikać. “O Matko, to już!” pomyślałem. Moje kochane miasto zaczęło przypominać jedną z Wysp Nonsensu z 13 księgi Tytusa Romka i A’Tomka. Pamiętam ją dobrze, bo kiedyś jako dzieciak zastanawiałem się, czy tak będzie wyglądać Warszawa. Tak, to już.

O tak właśnie.

O tak właśnie.

W zeszłym roku umówiłem się gdzieś w centrum, dojazd zajął mi 15 minut. Problem polegał na tym, że miejsca do parkowania szukałem dobre… 40 minut. Tak, dokładnie tyle. Pewnie szybciej dojechałbym – biorąc pod uwagę parkowanie – czymś innym. A na pewno byłbym mniej zestresowany. I wtedy właśnie postanowiłem, że samochodu będę używał tylko wtedy gdy to konieczne.

Czasem muszę…

Bo tak, czasem to konieczne. Mam trójkę dzieci i często nie wyobrażam sobie podróży innym środkiem transportu – szczególnie w zimie. Wtedy każdy wyjazd jest wielką wyprawą. Ale nie oszukujmy się, jest mnóstwo innych okazji i mnóstwo innych sytuacji, w których wcale nie muszę brać samochodu. Tylko coś co daje mi większą swobodę, mniej stresu, przyjemność z jazdy i przede wszystkim przyzwyczaja do przyszłości. Bo jakbyśmy nie tupali nogą i nie mówili “należy mi się!”, to po prostu za 10, czy 20 lat nie będziemy poruszali się tak jak dziś, po prostu się nie zmieścimy. Jeśli ktoś nie wierzy, zapraszam do dużych miast zachodnioeuropejskich, czy amerykańskich. Oni naprawdę przećwiczyli już dużo wariantów.

ETZT

Dlatego w ramach Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu (ETZT), który zaczyna się 16 września, postanowiłem przybliżyć nieco to jak poruszam się po mieście wtedy, gdy nie biorę ze sobą samochodu, ani skutera (który też jest jednym z moich podstawowych środków transportu). Dziś napiszę o hulajnodze i komunikacji miejskiej, a w następnej notce – o rowerze, na którym też jeżdżę coraz częściej. O samym ETZT przeczytacie tu: www.etzt.pl oraz tu https://www.facebook.com/zrownowazonytransport/

Hulam po mieście… i nie tylko!

Hulajnogę kupiłem 3 lata temu i uważam ten zakup za jeden z moich najlepszych zakupów. Hulajnoga kojarzyć się może z zabawką dla dzieci, czy też wyczynowym skakaniem na rampie. Nic bardziej mylnego! Na rynku już od jakiegoś czasu jest kilka modeli dla dorosłych. Pisałem już kilka razy, że pomysł zaczął kiełkować w mojej głowie ładnych kilka lat temu w Genewie – tam parkowanie w centrum było bardzo drogie, widziałem sporo 40, 50 czy nawet 60 latków jeżdżących do pracy komunikacją miejską z hulajnogą – na niej przemieszczali się na przystanek i z przystanku. Na polskie warunki najlepsza jest jednak taka nieco większa, z dmuchanymi kołami – to przez wszechobecną kostkę oraz chodniki z płyt. Pisałem już o niektórych modelach, żeby było ciekawiej, wszystkie trzy (także ta o której za chwilę), to polska produkcja!

Pompowane koła pozwalają jeździć nawet po lesie

Pompowane koła pozwalają jeździć nawet po lesie

Możesz wybrać też taką z wielkimi kołami. Jeśli jednak masz dużo gładkiej powierzchni, lub nie przeszkadzają ci wibracje, a chcesz bardzo poręczny i szybko składany model, dostępnych jest trochę modeli bez pompowanych kół.

Moja hulajnoga

Moja hulajnoga

Hulajnoga to dla mnie kompromis między chodzeniem pieszo, a jeżdżeniem rowerem. Nie pojechałbym nią w długą trasę, bo pewnie mocno bym się zmęczył, ale sam zaskoczyłem się jak długie dystanse jestem w stanie na niej pokonywać. Co więcej – wymaga to o wiele mniej skupienia niż rower. Rower to jednak skupienie na drodze, a także zabawa w “znajdź ścieżkę rowerową”, ale o tym w następnym odcinku. Hulajnoga to dla mnie słuchawki w uszach, ulubiony kawałek i szusowanie chodnikiem – nie jest ona uznawana za pojazd. Tym bardziej, że nie są to zawrotne prędkości – ok 10-12 km/h. Na tyle szybko, by rzeczywiście czuć różnicę między nią a chodzeniem pieszo, na tyle wolno, że da się zatrzymać właściwie w miejscu.

Jeśli miałbym porównać ją do czegoś, to będzie to longboard, choć plus hulajnogi jest taki, że właściwie nie trzeba się jej uczyć – trudno nie umieć trzymać rączki i odpychać się nogą :)

Hulajnoga też świetnie łączy się z komunikacją miejską, o wiele lepiej niż rower. Jest lżejsza, bardziej poręczna i zajmuje mniej miejsca w środku. Przez lata regulacje przewozu rowerów w autobusach zmieniały się – od pozwolenia, przez zakaz, po warunkowe pozwolenie (jeśli nikomu nie przeszkadza). Hulajnoga mieści się praktycznie zawsze, szczególnie jeśli jest złożona, a część modeli składa się naprawdę łatwo.

 

Ale w sumie nie trzeba składać

Ale w sumie nie trzeba składać

Autobusy i tramwaje

No właśnie – dochodzimy do komunikacji miejskiej. Oczywiście samą hulajnogą nie dojadę nawet na drugą stronę Wisły. Pewnie dałbym radę, po mieście robię nierzadko więcej kilometrów, ale nie ma sensu jechać wzdłuż trasy, którą pomyka autobus, jeśli nie chce się akurat zwiedzać okolicy. Zresztą – thanks Captain Obvious – nie potrzebujemy hulajnogi, by korzystać z autobusów, tramwajów, czy metra. Korzystam często szczególnie z tego ostatniego, od kiedy wreszcie przerzucili je na drugą stronę Wisły.

Komunikacją miejską jeżdżę, co oczywiste, dłużej niż samochodem. Dojeżdżałem autobusem już do podstawówki (w czasach kiedy 10 latek spokojnie jeździł do szkoły sam, a nie był odstawiany do klasu przez rodziców :P) i pomimo narodowej ciągoty do narzekania na autobusy i tramwaje pamiętam bardzo dobrze jak wyglądało to kiedyś i widzę jakie zmiany nastąpiły.

Zazwyczaj kiedy mówimy o poruszaniu się komunikacją miejską, słyszę “może tak, ale ona jest jeszcze zbyt kiepska”. I ja nie mówię, że nie ma w tym ziarna racji. To prawda, Londyn miał drugą linię metra już… w XIX wieku (sic!). Nasza “siatka” linii metra wygląda na tle siatki innych stolic jak ponury żart, ale nie oszukujmy się – to nie jest tak, że któregoś dnia wszyscy staniemy i powiemy “aha, ok, już jest dobrze, od teraz korzystamy z komunikacji miejskiej”. Nie, będziemy dalej narzekać :) Tak więc zmienia się coraz więcej i naprawdę polecam zamianę samochodu na autobus, metro czy tramwaj, jeśli nie ma konieczności jechania samochodem. Szczególnie gdy jedzie się w pojedynkę do centrum.

Coraz częściej wybieram autobus

Coraz częściej wybieram autobus

Ja zazwyczaj dojeżdżam 100 metrów do mojego przystanku autobusowego hulajnogą, następnie kilka przystanków do stacji metra, a później po chwili jestem po drugiej stronie Wisły. Korzystam z aplikacji Jakdojadę, żeby znać rozkłady, bilety kupuję w Skycashu. Jedynym problemem jest konieczność posiadania kartonika, by wejść do metra, nawet gdy ma się bilet elektroniczny. Nie martwię się o miejsce do parkowania, mogę wypić piwo, czy wino do zjedzonego na mieście obiadu. Wiem kiedy ominę korki, bo na danej trasie są buspasy, o metrze pod tym kątem nie musze chyba wspominać.

Jest lepiej

Wspomnę natomiast o jednym elemencie, takim który zawsze przeszkadzał mi w podróżowaniu autobusem. Otóż korzystanie z autobusów było pod pewnym kątem jak korzystanie z Toi-toi – dało się, ale cierpiała nieco godność. Pamiętam wpychanie się do stłoczonego autobusu i strącanie niemieszczących się w drzwiach ludzi przez kierowcę. To były przygody, które teraz wspominam z łzą w oku, ale prawdę mówiąc podróż pod czyjąś pachą z czyimś łokciem w żebrach nie należała do najwspanialszych. Brudne siedzenia, klimatyzacja włączona w zimie i ogrzewanie w lecie. Palący faje kierowca. Spóźnienia po 40 minut. Ale prawda jest taka, że pod tym kątem jest naprawdę coraz lepiej. Oczywiście nie jest idealnie, ale naprawdę wygląda to dziś zupełnie inaczej niż 20 lat temu i trzeba mieć złą wolę, by tego nie zauważyć.

Oczywiście spotykasz ludzi. Różnych ludzi. Biednych, bogatych, takich, czy innych. Dla niektórych to problem. No cóż, problem psychiczny. Nie będę tego rozwijał, to ciężki temat, ocierający się czasem nawet o pogardę klasową. Dla mnie to akurat świetna sprawa – uwielbiam obserwować ludzi i ich zachowania.

Warto też wspomnieć o pewnym środku transportu, który nie jest zbyt popularny jeśli chodzi o podróże w mieście, a mianowicie pociągu. Otóż “na zachodzie” zawsze fascynowało mnie to, że wszystkie środki transportu są pięknie zintegrowane, nie do końca wiem czy idę do kolejki miejskiej, metra, czy tramwaju. Bo mnie to nie obchodzi. Mam jeden bilet, mam kolorowe linie na rozkładzie. Tak poruszałem się po Wiedniu, czy Berlinie. U nas jeszcze trochę brakuje do tak pięknej integracji, ale naprawdę często opłaca się przejechać gdzieś pociągiem, tym bardziej że od kilku ładnych lat funkcjonuje Szybka Kolej Miejska. Znana jest ona głównie mieszkańcom podmiejskim, ale ja ostatnio odkryłem że pociąg jest najszybszym i najpewniejszym sposobem na dotarcie z mojego Targówka na Okęcie!

I spokój. Totalny spokój. Kiedyś pracowałem pod Piasecznem – jechałem tam autobusem, metrem i znowu autobusem. Półtorej godziny dziennie. To trzy godziny dziennie na czytanie książek – nie było jeszcze smartfonów. To jest dopiero coś!

Tak więc polecam bardzo tandem hulajnoga-zbiorkom. Gdy jeżdżę sam, bez małych dzieci, a musze dojechać do centrum – wybieram to dość często. Równie często wybierałem taksówki, ale gdy zorientowałem się, że wydaję na nie kilkaset zł miesięcznie lub więcej, pomyślałem sobie, że nie ma to sensu. Po osiedlu jeżdżę hulajnogą, zabieram ją też na miasto, nawet gdy mam podjechać gdzieś autobusem, a wrócić odwieziony przez znajomych. Z hulajnogą w bagażniku. Mogę się napić, mogę z ulubioną muzyką sunąć przez miasto. Przez park, przez Plac Piłsudzkiego. Wzdłuż Wisły. Gdziekolwiek. Bez szukania miejsca do parkowania. Bez płacenia za parkowanie. Bez klaksonów. Bajka.

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: