Pisałem ostatnio o tym, że coraz rzadziej poruszam się samochodem – szczególnie w mieście. Od kilku ładnych lat mam skuter, ostatnio na krótkie dystanse wybieram hulajnogę, a gdy łączę ją z komunikacją miejską, mój zasięg znacznie wzrasta. Jest jednak jeszcze jeden, dość powszechny środek transportu, który plasuje się gdzieś między skuterem, a hulajnogą. To oczywiście rower. Warto o nim wspomnieć podczas trwającego właśnie Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu. O samym ETZT przeczytacie tu: www.etzt.pl oraz tu facebook.com/zrownowazonytransport/

Na rowerze jeżdżę od wieków, za dzieciaka zrobiłem nawet Kartę Rowerową. Poruszałem się dwoma kultowymi modelami – miałem Wigry 3, miałem Jubilata. Oba niestety zostały skradzione, co przerwało na trochę moją pasję. Pasja odrodziła się nieco po dostaniu na 25 urodziny “górala”, ale na prawdę odżyła rok temu, gdy stałem się posiadaczem kolarzówki. Była wczesna wiosna, słońce zaczynało smażyć coraz mocniej, postanowiłem więc pojeździć nieco tym środkiem transportu i zobaczyć co z opowieści rowerzystów, pieszych i kierowców jest prawdą, a co nie. Bo to, że te trzy “nacje” ścierają się ze sobą wiadomo nie od dziś, a internet jest pełen wszelkiego rodzaju dyskusji. Dyskusji, jak to w internecie bywa, pełnych wyzwisk i uproszczeń, pozbawionych natomiast empatii. Postanowiłem więc podejść do tematu jako kierowca, pieszy i rowerzysta.

Kali* jeździć

Ale zanim przejdę dalej, słówko o “kaliniźmie”. Czyli o tym jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I o tym jak mnie wolno coś, czego nie wolno komuś innemu. Każdy z nas na to cierpi, w mniejszym lub większym stopniu. Ja też przyznam się, że jako pieszy straszliwie denerwuję się na samochody, a jako kierowca wolałbym czasem, by pieszych nie było. Jako rowerzysta psioczę na kierowców, jako kierowca czasem jestem zły, że muszę się za jakimś rowerzystą ciągnąć.

Ale warto wtedy pomyśleć o dwóch rzeczach. Pierwsza – świat nie kręci się wokół twojego tyłka. Serio. Jeśli rodzice tego niektórym nie uświadomili, to warto sobie to uświadomić samemu. Żyjemy na tym świecie razem, co więcej, czasem zmieniamy te środki lokomocji i naprawdę na się żyć razem. Druga – wśród każdej grupy zdarzają się chamy i egocentrycy. Jako kierowca uważam tak o części kierowców, jako rowerzysta – o części rowerzystów. I tak dalej. Nie ma co utożsamiać tego z konkretnym sposobem poruszania się po mieście. Taka osoba zazwyczaj będzie zachowywać się w dany sposób niezależnie od tego, czy jedzie samochodem, rowerem, robi zakupy, czy realizuje projekt w pracy.

(*nie muszę chyba tłumaczyć skąd to?)

Po co rower?

Rower to oczywiście zdrowy środek transportu. To sposób, by przemieszczać się i ćwiczyć jednocześnie. Oczywiście wszystko zależy od tego jak duże dystanse pokonujemy i w jakim tempie się poruszamy, ale praktycznie zawsze przejechanie dowolnego odcinka będzie zdrowsze od przejechania tego samego odcinka samochodem.

Rower to też szybsze poruszanie się w korkach, szczególnie jeśli mamy do dyspozycji ścieżki rowerowe. Rower to wreszcie większy fun z jazdy, chyba, że ulice sa akurat puste, a my mamy do dyspozycji Ferrari. Ale w mieście i tak nie powinniśmy zbytnio szaleć :)

Rower w komunikacji miejskiej

Rower oczywiście możemy przewozić zbiorkomem, ale tu sprawa nie jest tak prosta jak w przypadku hulajnogi. Zawsze śmieszyły mnie nieco przepisy różnicujące przewóz rowerów od przewózu czegokolwiek innego – kiedy “zaczyna się” rower? Czy po demontażu koła to dalej rower, czy bagaż? A dwóch kół? :) Tak czy inaczej w wielu środkach komunikacji miejskiej przewóz rowerów jest warunkowy – o ile nie przeszkadza to innym. No dobra, a co z podróżnymi z dużymi walizkami? :) Dlatego też, gdy mam do przejechania większość dystansu autobusem, czy metrem, a tylko mały kawałek na kółkach – wybieram hulajnogę, bo z nią poręczniej. Jeśli mam jechać dalej lub mam dotrzeć gdzieś szybciej – oczywiście rower.

Zdrowie i… smród :)

Ale muszę wspomnieć o jednej niby dość oczywistej rzeczy, jeśli chodzi o jeżdżenie rowerem na dłuższe dystanse. Rowerzyści w lecie dzielą się na dwie grupy. Tych, którzy śmierdzą i tych, którzy nie czują, że śmierdzą ;) Mówię oczywiście o przejechaniu dłuższej trasy w słońcu – warto ogarnąć, czy w pracy albo innym miejscu do którego jedziemy jest prysznic. Tak robi większość znanych mi, jeżdżących do pracy rowerzystów, ale znam niechlubne wyjątki. Oczywiście nie każdy śmierdzi jak świnia, da się powolutku i z godnością poruszać się miejskim rowerem bez specjalnego uruchamiania gruczołów potnych, ale warto mieć ciągle z tyłu głowy, że to jednak często spory wysiłek fizyczny.

Rowerowe utopie

Zanim jednak zostanę wyzwany od lewackich cyklistów (i wegetarian!), muszę jasno powiedzieć jedną rzecz – to nie jest tak, że jestem za całkowitym usunięciem samochodów z miast. A przynajmniej za zastąpieniem ich rowerami. Jestem ojcem trójki dzieci, zdaję sobie sprawę w jakim klimacie żyjemy i wiem, że to może nie tyle niemożliwe ile cholernie trudne.

W dyskusjach okołorowerowych często biorą udział ludzie bezdzietni, mieszkający gdzieś w okolicach centrum, dla których Warszawa – jak to kiedyś pięknie napisano o pewnej kandydatce na “prezydentę” Warszawy – zaczyna się na Muranowie, a kończy na Placu Zbawiciela ;)

Nie, to nie takie proste. To jak widzę ruch w mieście zasługuje na osobny tekst, natomiast nadmienię tylko, że porównywanie dużych miast takich jak Warszawa do małych miasteczek w których nie ma zupełnie samochodów uważam na hipsterskie fantazje. Nie wyobrażam sobie jazdy z trójką dzieciaków na rowerze, do Piaseczna. W środku zimy. Do lekarza. To po prostu niemożliwe. Jechanie tam z nimi autobusem tez jest możliwe, ale o wiele trudniejsze. Wiem, że są takie rodziny i chwała im za to, ale nie oszukujmy się, nie zawsze można i nie zawsze chce się dokonywać takich poświęceń jeśli nie trzeba. Szczególnie jeśli na dworzu jest -10 :) Dlatego choć uważam, że szczególnie centra miast powinny być bardziej przyjazne rowerzystom, a mniej samochodom, o tyle koniecznością są drogi tranzytowe przez miasto oraz oczywiście o wiele bardziej przyjazna komunikacja zbiorowa.

Chamstwo kierowców i bezpieczeństwo rowerzystów

No dobra, ale jak jeździ mi się rowerem w praktyce? Prawdę mówiąc całkiem dobrze. Może mam szczęście, a może po prostu zachowuję nieco pokory, nawet wtedy gdy mam rację? Jako rowerzysta i tak przegram z samochodem – tu nie ma wygranej. Ale o tym później.

Tak, oczywiście było ileś sytuacji krytycznych, ale prawdę mówiąc myślałem, że będzie ich więcej. Nie zaobserwowałem ich też aż tak dużo podczas jazdy skuterem. Tak, w porównaniu do jazdy samochodem skupiam się sto razy bardziej. To nie znaczy, że samochodem jadę na pamięć, ale sama świadomość, że jestem dość kruchym celem, oraz, że kierowcy niestety nie ogarniają zbyt dobrze kodeksu, powoduje, że wytężam zmysły jeszcze bardziej.

Najczęstsze przypadki, to oczywiście zbyt bliskie wyprzedzanie, to bywa dość niebezpieczne. Jest jeszcze kilka innych spraw, ale przez dwa lata nie miałem w sumie ani jednej krytycznej sytuacji. Na pewno takiej, która spowodowałaby, że zacząłbym jeździć chodnikiem. No właśnie, czas na najbardziej drażliwy temat.

Cholerny chodnik

Tak, jeżdżę ulicą. Nadal. Owszem, zrozumiałem dlaczego niektórzy wybierają chodnik, ale staram się tego nie robić. Czasem robię wyjątki (o tym za chwilkę), ale z założenia jeżdżę ulicą. Znam przepisy, wiem kiedy mogę legalnie wjechać na chodnik. I nie tłumaczę tego tym, że na ulicy jest niebezpiecznie. Jazda skuterem po ulicy też jest dość niebezpieczna, czy jako skuterzysta mogę więc korzystać ze ścieżki rowerowej? :)

“5. Korzystanie z chodnika lub drogi dla pieszych przez kierującego rowerem jednośladowym jest dozwolone wyjątkowo, gdy:
1 opiekuje się on osobą w wieku do lat 10 kierującą rowerem
2 szerokość chodnika wzdłuż drogi, po której ruch pojazdów jest dozwolony z prędkością większą niż 50 km/h, wynosi co najmniej 2 m i brakuje wydzielonej drogi dla rowerów lub pasa ruchu dla rowerów
3 warunki pogodowe zagrażają bezpieczeństwu rowerzysty na jezdni (śnieg, silny wiatr, ulewa, gołoledź, gęsta mgła), z zastrzeżeniem ust. 6.”
Jazda ulicą jest trudniejsza. Po prostu. Musisz po pierwsze w ogóle ZNAĆ kodeks ruchu drogowego, co samo w sobie nie jest spełniane przez tak wielu rowerzystów. Po drugie musisz być skupiony i uważać. Cholernie uważać. Oczywiście łatwiej jest włożyć do uszu słuchawki i sunąć chodnikiem, wtedy zazwyczaj możemy być totalnie wyczillowani. Ale przepisy tego zabraniają, poza określonymi wyjątkami.

Tak, zdarza mi się to. Zazwyczaj wtedy, gdy mam do czynienia z kolejną fantazją budujących ścieżki rowerowe i po raz dziesiąty w ciągu jednej minuty muszę przejechać przez kawałek chodnika. Tak, ta fantazja nie ma granic i czasem – przyznaję – nie wytrzymuję, bo to jak jeden wielki stosunek przerywany.

Natomiast gdy widzę pustą, zupełnie pustą drogę osiedlową (30 km/h) i ludzi jadących chodnikiem, w dodatku dzwoniących na pieszych (z drogi śledzie, bo pan jedzie!) to krew mnie zalewa. I tak, choć zazwyczaj tłumaczenie brzmi “bo tak bezpieczniej” to wiem, że to zazwyczaj z lenistwa i chęci uniknięcia skupienia na ruchu drogowym. Sorry, taka rzeczywistość. A już kompletnym osłupieniem napełnia mnie widok sunącego po osiedlowych chodniku gościa odzianego od stóp do głów w obcisłe lycry. Serio, nie wstyd? Taki sportowiec bojący się pustej uliczki?

Przejście dla pieszych

Drugi nagminny grzech rowerzystów wiążący się z poprzednim to oczywiście przejeżdżanie na przejściach dla pieszych. I znowu – nie, przepisy mówią jasno, że masz zsiąść z roweru. Wiem, nie chce się. Wiem, tak łatwiej. Sam z tym walczę. I o ile nie jest to środek nocy i kompletnie pusta okolica, to nigdy tego nie robię. Oh wait… jak miałbym to zrobić? Żeby to zrobić zazwyczaj musisz być najpierw na chodniku. A przecież w większości przypadków nie powinno cię tam być.

Czasem to wręcz całe stada rowerzystów wjeżdżające na “urraaaa!” na przejście. Szczególnie takich na rowerach miejskich. Może przegapiłem ten przepis, ale je też obowiązuje to samo prawo :)

To nie jest głupi przepis. Kierowcy często nie spodziewają się na przejściu kogoś jadącego z taką prędkością. Wiem, jako kierowca, że to spory problem. Chociaż z drugiej strony podobnie jest na przejadach, a tam rowerzysta ma prawo wjechać…

Przejazdy rowerowe

Tych najbardziej boję się jako kierowca. Dlatego, że często usytuowane są tak, że naprawde ciężko dojrzeć cokolwiek przez okno skręcającego samochodu. Wykonuję naprawde karkołomny ruch głową, by sprawdzić, czy rozpędzony rowerzysta nie wjedzie mi pod koła.

Nie zrozum mnie źle, wiem, że ma pierwszeństwo. Chodzi o to, że gdy jedzie na oślep 30 km/h ja naprawdę mogę go nie zauważyć, gdy odwrócę głowę, wcisnę gaz i wjadę na skrzyżowanie. Wiem, że będzie mooja wina. A kto będzie ranny?

To zawsze podnosi ciśnienie części rowerzystów, ale ja jako rowerzysta zawsze zwalniam i stosuję zasade ograniczonego zaufania. Zresztą robię to tak samo wjeżdżając samochodem na rondo pełne Tirów. Co z tego, że mam pierwszeństwo, skoro zostanę zmiażdżony? To nie jest gra planszowa, to kwestia życia i śmierci. Więc kierowco – mocny obrót głowy i dokładne sprawdzenie czy na pewno nikt nie jedzie. Rowerzysto – nie baw się w testowanie maksymalnej prędkości w takiej sytuacji. Nie mówię o zatrzymywaniu się, ja zwalniam i staram się nawiązać kontakt wzrokowy z kierowcą, wtedy jestem pewien, że mnie widzi.

Poszukiwania ścieżki

Kiedy zaczynałem w zeszłym roku moją rowerową przygodę, myślałem, że najtrudniejszym elementem tej całej zabawy będzie przepędzanie pieszych ze ścieżek. I choć to też bywa upierdliwe, okazało się, że wcale to nie jest najgorsze. Najtrudniejsze jest poszukiwanie ścieżki!

Przepisy mówią wyraźnie – jeśli jest ścieżka, musisz z niej korzystać. Kropka. Nie jedziesz ulicą, a już na pewno chodnikiem. Jedziesz ścieżką. I to w sumie jest nawet logiczne. Problem polega na tym, że musisz tę ścieżkę dojrzeć. A to już nie takie proste.

Podróż przez Warszawę to co chwilę przerywane ścieżki, które czasem kończą się gwałtownie niczym peron 9 i 3/4. I co wtedy? Zjazd na ulicę. Oczywiście po sprawdzeniu ograniczenia prędkości na tejże. Bo być może musimy wjechać na chodnik? Jedziemy chodnikiem i wypatrujemy czy nie zmienił się znak na drodze. Co może być trudne, gdy chodnik jest nieco oddalony. Albo czy gdzieś nie zaczęła się ścieżka. Która być może skręca nie tam gdzie chcemy jechać. A więc kolejna zmiana.

Serio, to doprowadza do szewskiej pasji i czasami kompletnie pozbawia przyjemności z jazdy lub zmusza do łamania prawda. Dlatego o ile, jak już pisałem, jestem zły na rowerzystów ewidentnie łamiących przepisy, o tyle nie jestem tak stanowczy w kadym przypadku, bo wiem, że to po prostu przypomina cholernie skomplikowaną łamigłówkę.

Przepisy ruchu drogowego!

Pisałem już o tym, że spora część rowerzystów nie stosuje się do przepisów, o ile w ogóle je zna. Niestety problem polega na tym, że kierowcy też niekoniecznie je znają. A już na pewno nie znają tych, które zmieniły się niedawno. Czyli nawet 10 lat temu :>

Rowerzysta od pięciu lat nie musi jechać z prawej strony jezdni (ale musi to być czymś uzasadnione), dwóch rowerzystów może jechać obok siebie (ale nie mogę utrudniać ruchu innym, czyli powinni zjechać gdy ktoś chce ich wyprzedzić). Ale najważniejszy punkt to ten, mówiący o tym, że jeśli skręcasz w prawo, a z prawej strony wyprzedza cię rowerzysta, to on ma pierwszeństwo!

Art. 27 ust. 1a:
“Kierujący pojazdem, który skręca w drogę poprzeczną, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność i ustąpić pierwszeństwa rowerzyście jadącemu na wprost po jezdni, pasie ruchu dla rowerów, drodze dla rowerów lub innej części drogi, którą zamierza opuścić.”

Rower nie dość, że może wyprzedzać samochód z prawej strony, to ma pierwszeństwo, jeśli ten chce zajechać mu drogę!

Ale brak znajomości przepisów wśród kierowców to duży problem wykraczający poza same kwestie rowerowe.

Nie bądź żulem na dwóch kółkach!

I na koniec – pamiętaj, że nie wolno ci wsiadać na rower po większej ilości alkoholu. Jeśli jedziesz w stanie po spożyciu alkoholu (od 0,2 do 0,5 promila alkoholu we krwi) zostaniesz ukarany mandatem w wysokości od 300 do 500 zł. A rowerzyści w stanie nietrzeźwości – powyżej 0,5 promila alkoholu we krwi – w takiej samej sytuacji zostaną ukarani mandatem w wysokości 500 zł.

Ja nie polecam w ogóle jeżdżenia po browarze, szczególnie jeśli masz jechać drogą, a nie ścieżką. Po prostu refleks nie ten, a na rowerze masz dużo więcej do stracenia.

Mimo wszystko jeździj!

Ale się rozpisałem! Mogłoby się wydawać, że za dużo tych obostrzeń i nie ma sensu wsiadać na rower. Nic bardziej mylnego, to świetny środek transportu. Jednak wymagający od kierującego o wiele więcej uwagi i rozwagi niż w przypadku jazdy autobusem, czy wesołego hopsania hulajnogą. Warto o tym pamiętać.

Warto też pamiętać o tym, że rowerzysta nie jest wrogiem kierowcy. To nie arena, to nie walka. Więcej rowerzystów to więcej miejsca dla ciebie i mniejsze korki. O ile wszyscy poruszamy się zgodnie z przepisami i wykazujemy pewną dozą empatii, zrozumienia i kultury. Skoro w innych krajach się udaje to i u nas się uda!

Szerokiej drogi!

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: