Jestem sobie nad morzem. Polskim. W miejscu do którego z przerwami przyjeżdżam od trzydziestu lat. Najpierw jako gnojek z rodzicami, teraz z własnymi dzieciakami. Morze jak to polskie morze – nie zachwyca mnie swoim kolorem, nie zachwyca mnie swoją temperaturą, ale tak już wyszło, że w tym wielkim rozdaniu nie znaleźliśmy się jako Polska tak bardzo na południu Europy jakbym chciał. Co zrobić.

Tak, oczywiście chodzę na plażę. I wiecie co?

Biorę ze sobą parawan.

Znienawidzony przez tak wielu parawan. Jestem parawanowcem. To straszne, prawda?

Wczoraj wróciłem tu po kilku dniach przerwy i dowiedziałem się od znajomych, że na plaży miała miejsce tragedia – kąpiące się w morzu dziki wybiegły na plażę i poraniły kilkanaście osób. A w miejscach w których opisano to zdarzenie, jak to zwykle bywa – gnój. Totalny gnój i mieszanie z błotem. Tym razem pogarda, po którą tak często sięgamy w sieci, dotyczy oczywiście znienawidzonych “parawanowców”. I wiecie co? Szkoda mi ludzi którzy to piszą. Naprawdę szkoda. Nie napiszę więc dziś o dzikach, tylko właśnie o parawanach. I wywyższaniu się.

Gdy patrzę na chamstwo w siedzi, na dissowanie i pogardę, której tak dużo, widzę przede wszystkim straszliwie zakompleksione osoby, które za wszelką cenę chcą pokazać swoją wyższość. Gdzież im tam do plebsu ogradzającego się parwanem! Do Januszy w Kubotach siorbiących browary w nadmorskich kurortach! Oni są ponadto. Podróżują z plecakiem po bezdrożach Tybetu, po krętych ścieżkach Andów. Doją własnoręcznie lamy i yaki, popijąc ich mlekiem lokalne potrawy. Choć robią to rzdko – żywią się głównie swoją zajebistością! By mieć energię na codzienną jogę. Nie to co nadmorski plebs żrący frytki i smażone ryby!

To ja teraz wyjaśnię do czego służy parawan i po co się go używa. Po co zabieram go na plażę. Plażę, którą akurat dość lubię. Bo choć morze tu zimne, ludzi często sporo, to takiego piasku nie ma na większości plaży na których byłem. Byłem na kilku Wyspach Kanaryjskich, we Włoszech, we Francji, w Turcji, na Maderze czy na Wyspach Zielonego Przylądka. I jeśli chodzi o tak piękny i drobny piasek skrzypiący pod nogami, to mało która ze znanych mi plaży równa się z tą w okolicy Karwii.

Ale wiecie co? Jeśli już dokonacie tego wysiłku i pomyślicie nieco, to zauważycie niezbyt trudny do ogarnięcia fakt, że nad polskim morzem jest zimniej. I zazwyczaj wieje wiatr. <werble> Dlatego właśnie ludzie rozkładają parawany! Fajnie jest osłonić się od wiatru, fajnie jest wygrzać się na słoneczku. Fajnie jest osłonić przed wiatrem mokre dzieciaki, które właśnie wyszły z morza. Czy to takie dziwne? Więc nie, parawanów – wbrew powszechnej fejbukowo-komentarzowej opinii – nie rozkłada się tylko po to, by grodzić się od innych.

I wiecie co? Czasem warto popatrzeć na wypoczywających tam ludzi. Przyjrzeć się im. Tak, tym wszystkim Januszom, Krystynom, Tadeuszom i Bożenom. To także czyiś dziadkowie. Rodzice. Wujkowie. Może to pani, która obsługuje cię w Biedronce. Może po prostu inny człowiek, którego nie musisz wyszydzać?

A może ktoś, kto tak jak ja, czasem jeździ nad polskie morze, bo tu bliżej, bo tu taniej, bo tu wygodniej? A może ktoś, kogo nie stać na zagraniczny wyjazd? Może ktoś, kto lubi chodzić po górach, ale nie może, bo ma chore stawy? Może ktoś, kto przyjechał tu po raz pierwszy, bo nigdy nie widział morza, a głupio jest nigdy nie widzieć morza?

Tak, jest tu czasem tłoczno (choć w mojej okolicy nie zawsze), lubię czasem pojechać w bardziej odosobnione miejsce, ale uwielbiam też plażę, mam tu znajomych, których znam od lat. Lubie to miejsce. Proszę – dajcie mi jeździć nad polskie morze, dajcie mi osłaniać się od wiatru, bo nie ma w tym nic strasznego.

I pamiętajcie, że wszechobecna szydera i pogarda świadczy raczej o tych, którzy się nią posługują. O jego kompleksach, o konieczności udowodnienia sobie i innym swojej wyższości.

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: