Istnieje pewna nie do końca zdiagnozowana choroba, która dotyka mnóstwo osób pracujących. I nie chodzi tylko o pracowników biurowych, prawda jest taka, że jej ofiarą mogą paść także pracownicy fizyczni, pracujący w terenie. Nie da się jej szybko i łatwo zdiagnozować, nie da się za bardzo przeciwko niej zaszczepić. Nie ma leków, które by ją pogoniły. I choć brzmi to strasznie, jestem pewien, że się z nią spotkałeś.

To tumiwisizm. Brzmi znajomo? Dla mnie na pewno. Spotykałem się z nim na wszystkich szczeblach mojej drogi zawodowej. Atakował mnie znienacka i czasem nie odpuszczał, ale udało mi się z nim radzić. Atakuje też ludzi, którzy u mnie pracują, atakuje nawet mnie, pomimo tego, że właściciele biznesów są zazwyczaj na niego dość uodpornieni. Ale wcale nie w 100%. Jak więc sobie z nim radzić?

Dość łatwo rozpoznać pracowników, którym wszystko „wisi“. Których wszystko „grzeje“. Którzy wszystko „mają w pompie“. Odbębniają swoją pracę od A do Z. I nawet jeśli po Z będzie jeszcze Z, Ź i Ż, to nie tkną się tego, bo to nie ich działka. Którzy nie proponują niczego, co nie wybiega poza ich zakres obowiązków. Którzy nie zaproponowali żadnej innowacji, żadnego ulepszenia w pracy. I wiecie co? Z punktu widzenia pracodawcy to oczywiście najmniej wartościowi pracownicy. Zdaję sobie sprawę, że muszę ich ciągle pilnować. Że wystarczy małe niedopilnowanie, przeoczenie z mojej strony i rzecz, która miała się wydarzyć, nie wydarzy się. Bo przecież nie powiedziałem. Bo nie dopilnowałem. I ja wiem, że oni ponad narysowaną linię nie wyskoczą. Niczym mnie nie zaskoczą. Nie sprawią mi niespodzianki. Po prostu będą najwyżej poprawni.

Niektórzy ludzie może po prostu tacy są. Tak są zbudowani, tak są wychowani, nie ma szans, by było inaczej. Może gdzieś się przydadzą, może jakaś bardzo mechaniczna i odtwórcza praca będzie dla nich idealna. Taka, w której wszystko jest dokładnie zaplanowane. Ale nie mylcie tego z byciem rzemieślnikami. Ja rzemieślników bardzo cenię, ale nawet od nich oczekuję zaangażowania i innowacyjności. To właśnie oni są często blisko pracy u podstaw i mogą zaproponować dobre rozwiązanie. Natomiast osoba cierpiąca na tumiwisizm będzie omijała rzecz, która przeszkadza – gdy na drodze to toalety będzie stała skrzynka, to ona będzie tę skrzynkę omijać nawet przez rok, bez zastanowienia się dlaczego ona tam stoi i czy nie warto jej przesunąć. Dlaczego? Ano dlatego, że ma to gdzieś. Że to nie należy do jej obowiązków. Że nie czuje żadnej wewnętrznej potrzeby, by to zrobić.

Dlaczego chodzę do pracy?

I tu dochodzimy do sedna problemu. A mianowicie kwestii chęci do pracy i związanej z nią kwestii motywacji. Ja wiem, że frazes o tym, że praca powinna być jak hobby jest znany każdemu i maksymalnie wyświechtany. Ale jak to właściwie z tym jest?

Przyznam wam się do jednego. Zawsze popadałem w mniejszy, czy większy rutynizm (a to on często prowadzi do tumiwisizmu). Praca zawsze na początku wydawała mi się świetna i niesamowita (no dobra, może nie wszystkie, ale zawsze jednak na początku było fajnie), po to by zacząć przeżywać kryzys. I ten kryzys czasami nasilał się rzeczywiście tak bardzo, że prowadził do zmiany pracy. Ale o tym jeszcze za chwilkę. Bo udawało mi się to przezwyciężać. Dlatego, że zawsze widziałem w pracy coś więcej niż pieniądze.

Pieniądze oczywiście są potrzebne, poza przypadkami osób, które świadomie wybrały ascetyczny i antykonsumpcyjny tryb życia, potrzebujemy ich, by przeżyć, by żyć godnie i po to, by spełniać swoje zachcianki. Nie będę teraz rozpisywał się na temat, czy pieniądze dają szczęście (choć kiedyś na ten temat napiszę osobny tekst), ale powiem jedno – jeśli praca będzie dla ciebie tylko miejscem do zarabiania, to prędzej czy później zacznie się rutyna i przestanie ci zależeć na czymkolwiek poza tym, co przynosi kasę.

Co gry mają wspólnego z pracą?

Nie jestem psychologiem, więc nie będę tu rozwijał teorii motywacji, ale jestem namiętnym graczem, więc pozwól iż odniosę się do gier. Są różne motywacje, które powodują, że gracze sięgają po pady i myszki.

Czasem będzie to chęć zdobycia achievementów, czyli osiągnięć. W grze to kolejne poziomy, specjalne odznaki, czy po prostu fakt ukończenia kolejnych misji. To mój przypadek – uwielbiam zdobywać odznaki, ta samo w pracy motywuje mnie bardzo dokończenie jakiegoś projektu. Może to wiązać się także z uznaniem w oczach innych i chęcią otrzymania pochwał. Prawie każdy z nas jest na nie łasy. Kumple docenią gdy przejdziesz jakąś grę na poziomie „HARD“, szefostwo natomiast doceni (a przynajmniej powinno) wygrany przez ciebie przetarg. Oczywiście nie każda praca jest tak skonstruowana, ale warto zauważyć w niej choćby małe wskaźniki sukcesu, by się nimi cieszyć.

Ale to nie zawsze musi być namacalna odznaka, czy pochwała. Znam kilka osób pracujących na karetkach pogotowia i wiem, że gdyby nie czuli satysfakcji z tego co robią, to pewnie by tę pracę zmienili. Wiem też, że to wcale nie jest tak, że za każde uratowane życie dostają pochwałę, czasem z różnych powodów jest inaczej. Ja sam uratowałem w swoim życiu jedną osobę i wiem jak wielkie przeżycie było to dla mnie.

Dla niektórych to rywalizacja. Też nie wszystkie zawody są tak zbudowane, mnie osobiście nigdy specjalnie nie pociągała, ale wiem, że są osoby, które dlatego grają w gry po sieci, są osoby, które są przez nią motywowane w pracy.

A może na odwrót? Może teamwork? Praca w zespole? O tak! W świecie gier to „coopy“, czyli gry kooperacyjne, gdzie ramię w ramię z innymi graczami próbujemy pokonać przeciwnika. Tak właśnie zarywałem noce nad Diablo – na pewno nie jestem tu sam :) W pracy w agencji reklamowej często podobały mi się różnego rodzaju zadania zespołowe. Kiedy spotykaliśmy się, by wymyślać nową kampanię – lubię przebywać z ludźmi, lubię burze mózgów i różnego rodzaju kreatywne spotkania.

Może to być po prostu przyjemność z wykonywania tego zawodu. Ot po prostu. Znam nauczycielki, które pomimo słabych wynagrodzeń, ciężkich warunków pracy, po prostu czują, że spełniają misję edukacji. Lub kierowców taksówek, którzy po prostu lubią jeździć po mieście i rozmawiać z ludźmi. Nie każda praca musi wiązać się z sukcesami, z odznakami i projektami.

Wyobraź sobie teraz, że grasz w gry za pieniądze. Czy byłaby to rzeczywiście niesamowita rzecz? Nie do końca. Zakładam się o to, że zbrzydłaby znacznie. I nie gdybam – wiem. Brałem udział w promocji pewnej gry, która nie do końca mi podpasowała, natomiast z założenia musiałem dojść w niej do dość wysokiego poziomu, by coś pokazać. Co więc zrobiłem? Po dwóch dnia odpaliłem po prostu nieco kasy kumplowi, a on „zlevelował“ mi postać. Tak, granie bez przyjemności za pieniądze jest tak nudne jak praca tylko po to, by zarobić.

Podobnie było w harcerstwie w którym spędziłem trochę czasu. Stanowiska obsadzane ochotniczo zawsze wiązały się z różnego rodzaju profitami natury psychicznej. Po prostu lubiliśmy to robić – do tej pory wspominam trzy obozy żeglarskie, które prowadziłem i za które nie wziąłem ani grosza. To była po prostu świetna przygoda. Osoby zatrudniane na stanowiskach płatnych, często (choć oczywiście nie zawsze!) wpadały w różnego rodzaju rutynę i utrzymywały się na nich tylko z powodu zarabianych pieniędzy.

Czy marnujesz życie?

Praca nie może być tylko miejscem, gdzie zarabiasz pieniądze. Spędzasz tam jedną trzecią swojej doby, biorąc pod uwagę sen – to prawie połowa twojego czasu. Połowa twojego życia od momentu ukończenia edukacji, aż po emeryturę. Czy naprawdę jest sens, by spędzać ten czas w miejscu, które nie przynosi nam żadnych dobrych uczuć? Robić rzeczy, które po prostu generują nam kasę?

Oczywiście wiem, że to nie takie proste, że bezrobocie jest faktem, że wiele osób nie może znaleźć pracy w zawodzie, że w niektórych rejonach Polski w ogóle znalezienie jakiejkolwiek pracy jest trudne. Ale z drugiej strony wiem, że dziś dzięki różnego rodzaju serwisom – takim jak pracuj.pl –  jest to o niebo łatwiejsze, a w dużych miastach naprawdę pracy jest pełno. Trzeba tylko otworzyć się na różne propozycje. Ale nie chcę tu pisać o szukaniu pracy przez osoby, które jej znaleźć nie mogą. Piszę ten tekst do osób, które się w swojej pracy zasiedziały. Które są tam w dużej mierze z przyzwyczajenia i rutyny. Jak w starym związku, w którym chemia już dawno się skończyła.

To nie ślub. Tu nie ma nadmiaru zobowiązań. Wspólnych dzieci i majątku. Tu wreszcie raczej nie ma długotrwałego uczucia, najwyżej sentyment, który wcale nie musi być dobrym doradcą. Może po prostu czas poszukać nowej pracy? Choćby się rozejrzeć? Pójść na spotkanie, dowiedzieć się o warunkach w nowej pracy? Porozmawiać o tym co mogłoby się robić? Wszystko będzie lepsze od sytuacji w której praca nie daje ci żadnej satysfakcji i chodzisz tam tylko zarabiać kasę. Ja po prostu rozstawałem się ze stanowiskami, które mnie nie rajcowały. Robiłem to wiele razy, tak samo jak wtedy gdy rzucałem uczelnie doprowadzające mnie swoim feudalnym podejściem do szewskiej pasji :)

I choć uważam, że nawet od najbardziej fascynującej pracy należy odpoczywać, choć jestem fanatykiem work-life balance, choć często piszę krytycznie o osobach, które za bardzo poświęcają się pracy i „przesypiają“ swoje życie pozapracowe, to za równie złe uważam przegięcie w drugą stronę. Zastanów się po co chodzisz do pracy, co cię w niej kręci. Zapomnij na chwilę o kasie. I sprawdź, czy cierpisz na rutynizm i tumiwisizm, biorąc udział w teście :)

I… miłej pracy!

Notka powstała we współpracy z Pracuj.pl

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: