Właśnie skończyłem czytać nową książkę Komi… (muszę przyznać, że ciągle nieswojo czuję się, pisząc o Tomku „Jason Hunt”, a Kominka już nie ma, więc będę używał imienia) Tomka Tomczyka i postanowiłem podzielić się kilkoma przemyśleniami na jej temat. Przemyśleniami na jej temat i na tematy które porusza, bo książka skłania do myślenia.

I to jej pierwsze dwie zalety — po pierwsze czyta się ją szybko łatwo i przyjemnie — podróż pociągiem z Białegostoku do Warszawy spokojnie wystarczyła, by ją łyknąć. Druga zaleta jest taka, że książka skłania do myślenia. To znaczy, jest w niej mnóstwo twardej wiedzy, ale są też treści, które pobudzają do myślenia o blogosferze jako całości, jej przyszłości, znaczeniu, ewolucji i wielu innych sprawach. A ja to lubię, bo przyglądam się rozwojowi internetu i mediów społecznościowych w Polsce od samego początku i sam mam na ten temat mnóstwo przemyśleń. Swoją drogą brakuje mi trochę takiej platformy do dyskusji o tym, prawdę mówiąc, i zawsze wykorzystuję okazję, by porozmawiać o tym z osobami, które mają tu dużo do powiedzenia. A Tomek Tomczyk (obok Pawła Opydo i Andrzeja Tucholskiego, których lubię słuchać i czytać w kwestiach blogowych) – jest właśnie taką osobą. Nie zawsze się zgadzamy (o czym też będę tu pisał), ale to taka branża, gdzie nie ma żadnych pewników i dopiero czas pokazuje, kto miał rację.

Znowu? Ziew.

No właśnie, zacznijmy od faktu, że Tomek napisał niby kolejną książkę o tym samym. Uprzedzam zarzuty, bo pewnie takie się pojawią, o ile już gdzieś ktoś na to nie narzekał. A ja uważam, że to bardzo dobry krok.

Znacie książkę o tytule Żeglarz i Sternik Jachtowy? To taka biblia wszystkich żeglarzy książka, z której uczyły się pokolenia. Książka wydawana jest od 1986 roku i obecnie na półkach księgarń znajduje się jej… 22 wydanie. Czyli jak nietrudno obliczyć, nowe wydawane jest prawie co roku. Dlaczego? Dlatego, że zmieniają się przepisy, metodyka i wiele innych spraw.

Więc jeśli w żeglarstwie jest potrzeba wydawania nowych wydań co roku, to co mamy mówić o mediach społecznościowych i blogowaniu, czyli uniwersum, w którym wszystko zmienia się sto razy szybciej? Tak, tu co jakiś czas potrzebne jest nowe spojrzenie właśnie z co najmniej dwóch powodów.

Po pierwsze zmienia się sama rzeczywistość. Upadają jedne serwisy, powstają drugie. Trudno było pisać coś o Snapie 3 lata temu. Dziś trudno o nim nie wspominać.

Po drugie natomiast zmienia się sama perspektywa autora, co widzą czytelnicy poprzednich książek Tomka i z czym on zresztą się nie kryje, pisząc o tym otwarcie.

Ok, ale przecież poprzednie książki są uaktualniane, nie wystarczy zmiana wydań? Nie do końca. Ja wiem, że Tomek uaktualnia na bieżąco poprzednie książki, ale dla mnie wydawanie kolejnych ukazuje właśnie pewną ewolucję w jego podejściu do social media i ewolucję social mediów (a raczej roli influencera w social mediach).

Tematyka

Książka w bardzo lekki sposób porusza tematu startu w mediach społecznościowych i wyraźnie chodzi tu o osoby mające chęć stać się influencerami. Podkreślam to, bo gros książek na ten temat, to książki adresowane do różnego rodzaju firm. Tu sprawa jest jasna — chodzi o blogerów, czy youtuberów. Dla początkującego to bardzo dobre kompendium wiedzy, które pozwoli zrobić dobry start. To ważne, bo pozwala uniknąć wielu błędów, które my popełnialiśmy. Tomek jasno o nich pisze, także na swoim przykładzie. A najlepiej uczy się na cudzych błędach, prawda? :) Jednak z tego samego powodu książka skupia się raczej na blogowaniu. Autor nie ma zbytniego doświadczeniu w prowadzeniu kanału na YouTube, więc choć wspomina o swoich zamiarach wejścia na tę platformę, to nie znajdziemy tu raczej wielu praktycznych porad związanych z video (choć trochę ich jest).

Ale nie myślcie o tej książce jako o podręczniku dla początkujących, bo to spore uproszczenie. Ja bynajmniej za taką osobę się nie uważam, a skorzystałem z niej — jak już pisałem — na dwa sposoby. Po pierwsze nadal jest sporo wiedzy o narzędziach, którą musiałem uzupełnić. I to zarówno jeśli chodzi o bloga (wreszcie porządnie ogarnę SEO, po raz kolejny przyjrzę się stronie głównej i stronie postów), jak i o narzędzia wspomagające — powiem szczerze, że o kilku zupełnie nie czytałem. A jest tej twardej wiedzy sporo.

Po drugie jest tu nieco trendów, przewidywań i innych „miękkich” kwestii, z którymi można się zgodzić lub nie. Ja nie ze wszystkim się zgadzam, ale lubię, gdy pobudza się mnie do myślenia na takie tematy.

Tak więc warto, aby przeczytał ją każdy sieciowy twórca — zarówno pod kątem twardej wiedzy, jak i pewnej filozofii. Ale o niej napiszę na końcu notki.

To o czym trzeba jeszcze napisać, to fakt, że w książce pojawia się sporo wypowiedzi innych blogerów, youtuberów czy specjalistów z różnych dziedzin. To fajne, bo Tomek oddaje głos osobom, które po prostu bardzo dobrze znają się na danej kwestii. (Dodatkowo udało mu się w jednym fragmencie skłonić moją żonę do publicznego pochwalenia mnie, więc – szapoba! :D)

Język

Książka jest naprawdę lekko napisana. Tomek nadal zwraca się w drugiej osobie i prowadzi charakterystyczną dla siebie rozmowę z czytelnikiem. Ale trzeba przyznać, że ton nie jest tak protekcjonalny, jak kiedyś  (przyznam, że mnie to czasem drażniło). W ogóle trzeba powiedzieć jasno, że to naprawdę już nie jest Kominek. A na pewno nie ten stary Komin, który pisał o dr Oetkerze. Wyczułem w autorze więcej pokory, mniej nieomylności, więcej sugestii, mniej pewników. I bardzo dobrze. W ogóle na samym początku Tomek rozwiewa pewne mity mówiąc wyraźnie „nie bierz nic za pewnik”. Bo taka jest prawda! Nie ma sensu rysować jednej Słusznej Ścieżki Zostania Sławnym Blogerem — to utopia. Ale to rozwinę później.

Forma

Książka wydana jest pięknie. Skład robił niejaki Maciek „Zuch” Mazurek, ale naprawdę nie chwalę tego tylko dlatego, że znam osoby zaangażowane w jej powstanie. Powiem szczerze, że dla mnie Thorn był nieco przekombinowany, jeśli chodzi o kwestie typografii i układu treści. Tutaj jest lekko i przyjemnie. Całości dopełniają mega rysunki Kasi Gandor, które dodają humoru i lekkości.

Najważniejsze przemyślenie po lekturze tej książki?

Jeśli miałbym wypisać jedno przemyślenie po lekturze tej książki to, co by nim było? Jak już pisałem — dała mi ona trochę twardej wiedzy i pewnie dziś lub jutro wypróbuję kilka narzędzi tam opisanych. Podobało mi się bardzo odniesienie do bezludnej wyspy, to też jeden z moich ulubionych motywów od dzieciaka — uwielbiam wyspy wszelkich rodzajów, przeczytam chyba znowu Tajemniczą Wyspę (a niech Cię!), uwielbiam Robinsona i LOST. Jak zwykle po takiej lekturze mam kopa motywacyjnego, aby zmienić to, czy tamto w moim blogu. Ale to wszystko nie to.

Wiecie, co mnie zawsze uwierało, kiedy słuchałem Tomka, który mówił o sukcesie blogowym? A potem choćby Konrada Kruczkowskiego, czy Michała Szafrańskiego, którzy często postrzegani są jako swego rodzaju guru blogosfery? Pomimo że nie mogę tym chłopakom odmówić sukcesów blogowych, pomimo że bardzo ich lubię, pomimo że mówią dużo mądrych rzeczy, to zawsze myślałem sobie „czy to jest jedyna droga?”

Nie. Oczywiście, że nie. Przecież można mieć zupełnie inne powody blogowania, inne cele, a co z tego wynika zupełnie inne środki, by to osiągnąć. Ba, można mieć inną definicję „sukcesu” – zupełnie jak w życiu. Tomek nigdy nie ukrywał, jaka jest jego droga, Michał pokazywał nieco inną. Konrad idzie jeszcze inną. Żadna z nich nie jest moją drogą.

Nie chcę porównywać się z nimi na zasięgi, czy innego rodzaju sukcesy, bo używając tradycyjnych miar, byłoby to, jak liga okręgowa kontra ekstraklasa. Jednak kiedy patrzę na moje 10 lat blogowania, to jestem po prostu zadowolony. Pisanie sprawia mi przyjemność, czyta mnie kilkadziesiąt tysięcy ludzi, wiem, że mam realny wpływ na wiele osób w konkretnych sprawach. Wiem, że ich inspiruję, bo sami mi to mówią. Nie wiem tak naprawdę, ile zarabiają inni blogerzy (mam jakieś tam szacunki), ale ja mam z blogowania regularne zastrzyki konkretnej gotówki, więc to stan, o którym marzyłoby 99% blogerów. I wiecie co? I szedłem zupełnie inną drogą! Słyszałem nie raz „rób to!”, podczas gdy wiem, że ja robiłem co innego. Gdy Mary odpalała mamygadzety.pl, słyszeliśmy, że blog z recenzjami, bez macierzyńskich emocji, nie ma szans zaistnieć. Tymczasem po 3 latach blog Mary jest jednym z większych blogów parentingowych w Polsce.

Nie ma jednej drogi. Nie ma rad, które są zawsze słuszne. Nie ma sensu zapatrywać się w kogoś i ślepo powtarzać jego ruchy, bo każdy z nas jest inny, każdy pisze o czym innym i każdy ma inną definicję sukcesu. Nie słuchajcie ślepo osób występujących na różnego rodzaju imprezach blogerskich. Być może mają rację w danym przypadku, to niekoniecznie musi działać, jeśli chodzi o ciebie. Słuchajcie, ale krytycznie. Nie bierzcie wszystkiego za pewnik.

I rzeczywiście, tak jak napisane jest w pierwszym rozdziale — nie koniecznie najważniejsza jest jakość, blogowanie nie musi być pasją (u mnie akurat jest), nie trzeba być autentycznym (ja staram się być), i tak dalej. Ale ja rozochocony przez Tomka w tym pierwszym rozdziale zacząłem podważać kolejne stawiane przez niego tezy. Planowanie? Ja nigdy nie planowałem! Pisanie często i regularnie? Nigdy nie pisałem często ani regularnie. Nie należy rozdzielać blogów? Uważam, że czasem wręcz trzeba! W moim wypadku po wielu próbach i błędach zatrzymałem się na osobnym blogu parentingowym (mikemary.pl) i tym, którego czytasz. Nadal uważam, że to bardzo dobra decyzja, bo mam dwie zupełnie różne społeczności i matek z Mikemary zupełnie nie interesuje, w co gram na PS4 i jakie whisky piję. A tak, dla mnie przekłada się to na zaangażowanie danej społeczności. Czy mam rację? Z mojego punktu widzenia tak. Dla innej osoby może to być bez sensu. Dla mnie za 5 lat być może też. Wcale nie uważam, jak niektórzy, że wszyscy powinni iść w video. To jak mówienie, że każdy pisarz powinien spróbować aktorstwa. Ale o tym będzie osobny tekst.

Słowem — nie ma jednej drogi. I przestań w to wierzyć. Wyciągaj z takich książek wiedzę, ale nigdy nie bierz niczego za pewnik. To nie takie proste. Nikt nie powiedział, że to będzie proste.

A tę książkę kup. Warto. Serio.

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: