Nie wstydziłem się nigdy tego, że jestem harcerzem. Owszem, bywały oczywiście osoby, które się z tego nabijały, ale zazwyczaj szybko pozbywałem się ze swojego otoczenia osób zbyt zakompleksionych i nie do końca ogarniętych intelektualnie :). Nie miałem z tym żadnego problemu, żyłem sobie równolegle w dwóch rzeczywistościach (trzech, jeśli liczyć gry komputerowe) i było mi z tym całkiem dobrze. Nie myślałem wtedy o tym “teraz uczę się życia” – po prostu przeżywałem przygody. A było ich dużo. Tak dużo, że bywały momenty w moim życiu w których opowiadałem o nich i słyszałem “ej, to niemożliwe, że w życiu spotkało cię tak dużo”. Ano spotkało.

Dziś rocznica urodzin Lorda Roberta Baden-Powella. Gościa, który wymyślił skauting. Zabrał grupę chłopaków z bogatych i biednych rodzin na wyspę Brownsea, rozbił z nimi namioty i pokazał, że można żyć z dala od miasta. Ale przecież to nie tylko Walden, to nie tylko struganie patyków i budowa szałasów – choć to oczywiście pamiętam najbardziej. To multum rzeczy, których nie przeżyłbym nigdzie indziej.

Pisałem już o tym, że harcerstwo było dla mnie szkołą życia, więc nie będę się powtarzał. Dziś napiszę bardziej o tym co mi w duszy gra, a gra mi dużo. Gra, choć to już 8 lat od kiedy odwiesiłem mój mundur na kołek. Gra i grać będzie, bo przecież gdy patrzę na to kim dziś jestem, to widzę – oprócz tego co przekazali mi rodzice – właściwie tylko skauting.

To tam zajarałem się koszulkami i mogłem realizować pierwsze projekty z nimi związane – są do dziś dostępne w składnicy. To w tejże składnicy uczyłem się marketingu i rozwijania e-biznesu, gdy rozwinęliśmy stary postkomunistyczny twór w sklep internetowy. To tam posiadłem wiedzę o materiałach, splotach i przędzach, gdy realizowałem największy projekt swojego życia, czyli reformę mundurów w ZHP. To tam poznałem setki osób z całego świata, gdy jako Komisarz Zagraniczny ZHP wyjeżdżałem za granicę reprezentując Polskę i ucząc się, nawiązując kontakty próbowałem coś przeszczepiać na nasz grunt. To tam nauczyłem się blogować, bo moje pierwsze teksty powstawały właśnie do harcerskich gazet i na bloga, którego wspólnie założyliśmy. Tam zaraziłem się pasją do gór, do wędrówek. Tam realizowałem się kulinarnie, chociażby robiąc burgery dla kilkudziesięciu osób w małej chatce w Polanicy Zdroju (która kilka tygodni temu spłonęła :/ ). Tam nauczyłem się stawiaś strony na Joomli i WordPressie, programować w PHP, tam założyłem pierwsza platformę social media, czyli Łatwopalnych! To tam nauczyłem się pierwszej pomocy i miałem możliwość uczestniczyć w patrolu pierwszej pomocy podczas pogrzebu Jana Pawła II. Stojąc w sektorze zero, widząc na własne oczy jak wiatr zamyka księgę (co do tej pory budzi we mnie ciary). Mógłbym tak wymieniać. I wymieniać. Ale nie o tym chciałem tak naprawdę dziś napisać.

Chcę napisać o ludziach. O ludziach, których poznałem tak wiele, że nie mógłbym ich teraz otagować, wyszedłbym poza limit fejsa. Poznałem ich setki, jak nie tysiące. I to nie w sposób przelotny, imprezowy, balangowy. To było coś więcej i tylko osoba biorąca udział w takim przedsięwzięciu (i wcale nie musi to być harcerstwo) może wiedzieć o co mi chodzi. To właśnie w tym wieku, w tym nastoletnim wieku, kiedy człowiek chłonie wszystko jak gąbka i kształtuje się na całe życie, zawiązywałem przyjaźnie i przeżywałem różnego rodzaju uniesienia, gdzieś tam w głębi lasu. Nie zrozumie tego nikt, kto nie siedział pod gołym niebem w górach, po całodniowym marszu. Nie potrzebowaliśmy browara ani jointa do dopełnienia tej rozkoszy, była ona sama w sobie tak silna, że tylko spłyciłoby to wszystko co czujemy. Górska poezja śpiewana, która może osobom z zewnątrz wydawać się naiwna i śmieszna w porównaniu do miejskich hiper-super-dżezi-trendów rozbrzmiewała w nas i kształtowała naszą wrażliwość. I pewnie dlatego jestem jaki jestem. Dlatego tak wieloma rzeczami się brzydzę, patrzę z góry na kult przemocy fizycznej, na płytkie i interesowne koleżeństwa, na egoistyczny narcyzm, który przepełnia dziś naszą miejską rzeczywistość. Kiedy padałem zlany potem na siano, po dwudziestu, czy trzydziestu kilometrach marszu i zasypiałem w kilka minut. Bez czekinu, bez trasy na endomondo, bez foci. Żyłem chwilą i tylko ta chwila się liczyła. Razem z tymi ludźmi. Ludźmi na widok których nadal śmieje mi się gęba i razem z którymi chciałbym gdzieś się przejść, czy upiec coś na ogniu.

Spotykam tę harc-mafię coraz częściej. Przyznajecie się do tego często – i dobrze. Dziś w czasach, gdy jesteśmy pochłonięci przez ekrany i więcej czasu zajmuje nam transmisja rzeczywistości niż jej wewnętrzne przeżywanie, będzie to nabierało na sile. Dziś, gdy mój syn gania na zbiórki zuchowe, sam chciałbym schować się gdzieś tam u niego w plecaku i chociaż patrzeć na to wszystko, przeżywać to razem z nim. Wiem, że w pewnym sensie będę.

Macie często już swoje dzieciaki, swoje rodziny, ale gdy patrzę na Was – widzę Was właśnie tam, gdzieś w trasie, z bananem na gębie. I wiem, że mogę na Was polegać.

Ale to wszystko nic. Otóż właśnie tego dnia, 22 lutego 2006 roku, czyli jakby nie patrzeć dokładnie 10 lat temu, na spotkaniu instruktorów Głównej Kwatery ZHP ujrzałem po raz pierwszy na oczy pewną dziewczynę. I sprawy potoczyły się dość szybko. Bo ta dziewczyna półtora roku później została moją żoną.

I jak tu nie być szczęśliwym, że było się w tej organizacji? Z błękitnym niebem! Scout and Proud!

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: