To nie była łatwa miłość. Trudno było zakochać się w tym kraju, gdy wychowało się w nim w latach 80. Choć rodzice dbali o to, żebym nie poznał czym naprawdę był komunizm, a niektóre wydarzenia pamiętam tylko jak czarnobiałe slajdy, to mimo wszystko jako dzieciak nie kochałem tu zbyt wiele. Szczególnie po pierwszym wyjeździe za granicę, do Grecji. Zobaczyłem tam rajskie plaże, kolorowe supermarkety pełne różnych lodów i napojów, i tysiąc innych spraw, które kręcić mogły dziesięcioletniego dzieciaka. A u nas szarość, burość i nijakość. Nie zastanawiałem się nad tym – ot, żyłem swoimi problemami wieku szczenięcego.

Ale już podczas pierwszego dłuższego wyjazdu za granicę – do szkoły językowej w Anglii, w wieku 14 lat – zatęskniłem. I tęskniłem za każdym razem, gdy wyjeżdżałem. Do Hiszpanii na trzy tygodnie, na rejs do Włoch na cztery tygodnie. Dziwne. Bo choć nadeszły już lata 90 i zaczęło się robić nieco lepiej i kolorowiej, to #zagranico zawsze było lepiej. I nie zrozumie tego nikt, kto nie wychował się w XX wieku – ten zapach zagranicy, tej inszości, tej lepszości. Ten smak, który mogliśmy poczuć tylko w Pewexie, gdy oglądaliśmy klocki lego na które nie mogli sobie pozwolić nasze rodzice, czy te wszystkie inne zabawki będące poza naszym zasięgiem. Mimo wszystko podczas dłuższego wyjazdu tęskniłem. Tęskniłem cholernie.

Pamiętam rajski rejs po włoskich wyspach. Wrzesień, ja na studiach, a raczej na wiecznej zmianie między uczelniami. Ciepło, dobrze, beztrosko. A ja myślę o jesieni. O polskiej jesieni. O tym, że chciałbym teraz potruptać leśną ścieżką w Bieszczadach. Powąchać sosnę, dostać w twarz jakimś jesiennym deszczem. Pamiętam Hiszpanię zaraz przed maturą. Występ jakiegoś polskiego zespołu ludowego. Przecież nigdy nie zwracałem uwagi na zespoły ludowe. I nagle serce rwie się, nagle słucham, patrzę, chłonę. Nie wiem dlaczego. Po prostu tęskniłem. Tak już mam.

Pamiętam w końcu półtora roku w Genewie, na obczyźnie. Najpierw fascynacja wieloma sprawami, fascynacja, która trwa do dziś. Normalnością, godnością, poziomem życia, wieloma rozwiązaniami. A później, po dwóch, trzech miesiącach – nostalgia. Za naszym, za swojskim. Nagle zacząłem interesować się naszą kuchnią. Po raz pierwszy zrobiłem pierogi. Po raz pierwszy ugotowałem żurek. Kiszone ogórki. Odstawiając wszystkie przepisy kuchni świata, które do tej pory rządziły moim życiem.

Bo to siedzi gdzieś we mnie. Zupełnie jak dom Dziadków, który jest przedwojenną, miejscami zruinowaną kamienicą. Dla mnie nadal jest pełen magii i szczęścia. Bo siedzi w moim sercu. I widzę go pięknym.

Kocham polską jesień i nasze popękane chodniki. Kocham naszych Januszów z Krystynami wypoczywających w Ośrodkach Wypoczynkowych. Mazury ze swoich szuwarowo-bagiennym klimatem i żeglarzy na małych łupinkach śpiewających szanty, jakby byli morskimi wilkami. Turystykę górską i zamierające piosenki gitarowe, naszą poezję śpiewaną. Leśne ścieżki i grzybiarzy wstających skoro świt, by napełnić koszyk. Wiecie jak to dziwi obcokrajowców? I wędkarzy wpatrzonych godzinami w spławik.

Choć mierzi mnie czasem siermiężność tak wielu spraw w naszym kraju, to wiem, że to wszystko jest moje i nigdy to się nie zmieni. I właśnie to uświadamia mi jak wielkie mamy kompleksy i jak wiele z nich wynika. Bo po pierwszej fazie zafascynowania zagranicą przyszła ta druga. Bo w tak wielu sprawach jesteśmy lepsi.

Zauważyłem to już wtedy w UK – po powrocie do Polski wreszcie mogłem zjeść nasz chleb! Wspaniały polski chleb! Po powrocie z Francji cieszyłem się tym, że mogę zjeść o której chcę. A nie o tej o której ktoś mi dyktuje. I mogę pojechać na stację benzynową – mamy ich tak dużo! A na każdej alkohol, czy to nie wspaniałe? I karty, możemy płacić kartami! Dopiero co wróciłem z Berlina, czułem się tam jak 10 lat temu. Karty tylko w supermarketach i sieciówkach, wszędzie gotówka. A automaty z kartami – tylko Maestro. Maestro? Człowieku! Mieliśmy to 15 lat temu! A Szwajcaria? Haha! Gdy w 2008 roku spytałem, czy mają SMS-y po transakcji, myśleli, że to jakiś wyborny dowcip. Tak, wcale nie jesteśmy gorsi! Wcale a wcale. Mityczne #zagranico pod wieloma względami wcale nie okazało się wspanialsze.

A potem, gdzieś małymi krokami, przyszedł etap trzeci.

Etap w którym wcale nie czuję się gorszy. Etap, w którym wcale nie czuję się lepszy. Etap, w którym dociera do mnie, że to całe porównywanie jest gówno warte. Jesteśmy obok. Jesteśmy tu, razem z innymi. Nie ma jednej, pieprzonej skali na której możemy się oceniać. Nikt jej nigdy nie stworzył i istnieje ona tylko w zakompleksionych mózgach.

Jesteśmy. Po prostu. W wielu sprawach lepsi. W wielu sprawach możemy wiele nadgonić. Mamy swoje przywary, choć wiele z nich jest pewnie stereotypami. Pewnie jesteśmy mniej zorganizowani niż Niemcy, ale bardziej przedsiębiorczy niż Francuzi. Wcale tak dużo nie pijemy jak sami uważamy. Prawdę mówiąc wiele narodów ma o nas o wiele lepsze zdanie niż my sami. Tak, to już teraz. Jesteśmy na tym samym poziomie. Nie mówię o tym co się dzieje w kraju, to osobny temat, to zupełnie inna bajka. Mówię o nas, Polakach. Nie jesteśmy już ubogimi kuzynami ze wschodu, którzy musza udowodnić, że wiedzą co to telewizor i video. Tak, tak, musiałem to robić. Nie, już nie trzeba.

Wyluzujcie! Już nie trzeba. Serio. Nie jesteśmy lepsi, nie jesteśmy gorsi. Jesteśmy równi. Gdzieś lepsi, gdzieś gorsi.

RÓWNI.

Kocham Polskę, choć nie wiem czy DUMA  z bycia Polakiem to dobre słowo, w końcu to nie moja zasługa. Nie mam żadnych zasług w tym, że moja Mama urodziła mnie akurat tu, tak jak jej Mama i te przed nią. Cieszę się, że nim jestem, lubię to, kocham to. Nie chciałbym na siłę być kim innym – jak za gówniarza, gdy żałowałem, że nie jestem amerykańskim nastolatkiem chodzącym do amerykańskiego koledżu.

Ale nie przechodzi mi zupełnie przez głowę, by uważać się przez to za osobę lepszą. By uważać innych za gorszych tylko dlatego, że urodzili się gdzie indziej. Szczególnie dlatego, że pamiętam jeszcze jak to było gdy czułem się “człowiekem ze wschodu”. I wiem, jestem wręcz pewien, że wszystkie postawy w stylu “jesteśmy lepsi” biorą się z dwóch czynników.

Pierwszy to kompleksy. Trzeba być cholernie zakompleksionym człowiekiem, by chcieć udowadniać sobie, że jest się lepszym. To małe, to bardzo małe. To słabe. Nie muszę, nie mam potrzeby.

Drugi to ignorancja.  To strachy na lachy, to mity i legendy. Kiedy patrzę na ludzi udowadniających wszystkim, że Polacy są lepsi, to widzę osoby, które raczej nie opuściły nigdy swojego miasteczka, a na pewno kraju. A gdy go jakimś cudem opuściły, były jak Immanuel Kant, który raz w życiu wyjechał i trafił do Gołdapii. Po czym stwierdził, że za granicę to nie ma sensu wyjeżdżać. Nie wierzę, że zdrowa na umyśle osoba, która spędziła sporo czasu w międzynarodowym towarzystwie, będzie miała jakiekolwiek pomysły na porównywanie się i uważanie za lepszych.

Kocham ten kraj. Cholernie go kocham. Czuję się tu u siebie, jak długo nie przebywałbym za granicą – tęsknię. Mam tam jeszcze dużo do zobaczenia, chciałbym przeszczepić tu tak dużo z wielu innych krajów. Nie trzymam się kurczowo wszystkiego co tylko polskie, tylko dlatego, że polskie. Inaczej jeździłbym Polonezem albo Żukiem. Jednocześnie jestem cholernie dumny z takich spraw jak Wiedźmin.

Martwią mnie jednocześnie te rzesze zakompleksionych ludzi, którzy muszą za wszelką cenę udowadniać swoją “lepszość”. Ludzi, którzy czują, że trzeba co chwilę powtarzać słowo POLSKA deklinowane na wszelkie możliwości. Ludzi mających chore urojenia, że Polska jest zagrożona, używających wojennej retoryki. Miłość do Polski jest dla mnie tak różna od całej agresji tępych pał mających na ustach hasła, których nie powstydziłby się Hitler.

Kocham ten kraj i znam jego historię. Wiem, że stan w którym w Polsce mieszkają tylko Polacy jest sztuczny i nowy. To nie jest nasza tradycja. to tu, w jednym kraju mieszkali Polacy, Żydzi, Niemcy, Ukraińcy. Oczywiście nie bez tarć, nie da się bez tarć. Dziś mieszkają tu prawie tylko Polacy i co? Nie ma tarć?

Kocham wschód z jego cerkwiami i napisami pisanymi bukwami. Kocham pozostałości Łemków i Bojków w Bieszczadach i Beskidzie. Kocham to, że mamy ludzi mówiących po Kaszubsku a także po Śląsku. Niech godojo. Kocham te wszystkie naleciałości z Azji, które stworzyły naszą tożsamość – tak dużo tych śladów naszej historii, nawet w strojach szlachecich i szabli. Kocham też to wszystko co wrosło w nas stosunkowo niedawno – wietnamskie budki i te z kebabami. Kebab stał się niemalże polskim daniem narodowym!

Ale jednocześnie wiem, że dopóki ci ludzie nie pozbędą się kompleksów, to nic z tego nie będzie.

Kocham ten kraj i nie chcę, by agresywni, zakompleksieni ludzie zawłaszczali tę miłość dla siebie i wpychali mnie w szufladkę osoby niepatriotycznej.

Cieszę się wolnością.

Cieszę. To tak ważne słowo. Cieszycie się ze mną?

 

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: