To nie jest tak, że do moich przemyśleń sprzed kilku tygodni doszedłem nagle. Prawdę mówiąc chodziło mi to po głowie od jakiegoś czasu, ale miałem z tym podstawowy problem. Zawsze wiedziałem, że mam słabą wolę. Bardzo, bardzo, bardzo słabą wolę. Moje wszelkie postanowienia zazwyczaj kończyły się porażką – dość szybko. Z “będę uczył się systematycznie po tej sesji, tylko błagam, niech ją zdam!” na czele. O Matko, ile ich było :) Ja po prostu wiedziałem, że mam słabą wolę – akceptowałem ten fakt, nie kochałem go, ale był on dla mnie oczywisty – tak jak to, że zatrzymałem się na 173 cm wzrostu. Po prostu pogodziłem się z nim. Zaakceptowanie siebie jest bardzo ważną rzeczą na drodze do osiągnięcia życiowego szczęścia, cały problem polega na tym, że mądrze trzeba oddzielić te rzeczy które można zmienić  od tych, których zmienić nie można. A ja silną wolę włożyłem po prostu do złej szufladki.

Pół roku temu przeczytałem, a raczej odsłuchałem “Siłę Nawyku” Duhigga. Książkę już opisywałem i bardzo ją polecam. Wśród wielu historii z książki, zainteresowała mnie szczególnie jedna. O tym, że siła woli jest jak mięsień. Może być silna, może być słaba. Można mieć różne predyspozycje. Ale można ją – tak samo jak mięsień – ćwiczyć.

Wiecie, jest mnóstwo książek na ten temat, ale one w większości mnie odrzucają. Te wszystkie amerykańskie “you can do it!” po prostu działają mi na nerwy i zazwyczaj nie przedstawiają dla mnie żadnej wartości. Powiedzenie “jak chcesz to ci się uda” nie jest dla mnie warte funta kłaków. Sorry. Ale tym razem usłyszałem coś więcej. I na tyle mnie to zaintrygowało, że postanowiłem spróbować. Choć wydawało się to bardzo głupie.

Po pierwsze gdzieś tam w głowie zaszczepiła mi się myśl, że siłę woli można ćwiczyć. Do tej pory godziłem się z tym. Prawdę mówiąc zacząłem nawet zauważać, że to nie jest tak, że to tylko mój problem. Tak kiedyś myślałem – że to JA jestem ułomny, a wszyscy naokoło są silni jak dęby. Haha, okazuje się, że prawie każdy z was ma tak samo problem z siłą woli, prokrastynacją i innymi takimi!

W ćwiczenie mięśni oczywiście wierzę, trudno nie wierzyć. Gdy zaś uwierzyłem, że mogę wyćwiczyć siłę woli, chciałem tego spróbować z podwójną chęcią. Na mięśnie potrzeba przecież czasu, to proces biologiczny. Zmiany w psychice – teoretycznie, TEORETYCZNIE mogą zadziać się w jednej sekundzie. Oczywiście nie jest to takie proste, ale przecież to tylko twoje myśli. Tylko :)

Charles Duhigg radził, by zacząć od rzeczy bardzo prostej, tak jak zaczynamy od prostych ćwiczeń na siłowni, zamiast rzucać się od razu na 100 kilogramową sztangę. Mały ciężar, wiele powtórzeń. Regularność.

Cały trick polega na tym, by wybrać na start JEDNĄ rzecz. Dość prostą, ale taką o której czasem zapominamy. Taką, której regularne wykonywanie dość łatwo zauważymy. Taką, którą najlepiej powinniśmy robić codziennie. Na pewno, na pewno każdy z Was taką rzecz ma. Nie wierzę, że jesteście chodzącymi ideałami :)

To co napiszę jest trochę osobiste, ale nie na tyle intymne, bym nie mógł o tym napisać. Tym bardziej, jeśli ma Wam to jakoś pomóc, a mi kurcze – jak niewiarygodnie by to nie brzmiało – pomogło. Otóż rozleniwiłem się ostatnimi czasy tak, że często zapominałem o wieczornym prysznicu i umyciu zębów. W lato, w gorące dni to się raczej nie zdarzało, ale w chłodniejsze dni po prostu po całym dniu rzucałem się zmęczony do wyra i zasypiałem w minutę. Jestem dość szczupły, nigdy nadmiernie się nie pociłem, więc nie czułem jakoś specjalnie fizycznej potrzebny, by brać wieczorny prysznic. Oczywiście nie wyobrażam sobie poranka bez prysznica i umycia zębów (piszę to, żebyście nie wzięli mnie za brudasa :D), ale wieczór – szczególnie po imprezie czy innym wyjściu z kumplami, wyglądał właśnie tak.

To nie jest olbrzymi wysiłek, choć oczywiście regularne powtarzanie pewnej czynności wysiłkiem zawsze jest. Ale tu nie ma już mocnych – trzeba po prostu wziąć się za jaja (przepraszam, nie wiem za co biorą się kobiety ;) i być konsekwentnym. To o wiele łatwiejsze niż codziennie ćwiczenia, chodzenie na siłownię, basen, poranne bieganie – łatwiejsze niż cokolwiek. Ale ja naprawdę zaczynałem od “ciężaru 2 kg” :) I nie było to przecież żadnym problemem. No może czasami – gdy wracaliśmy od znajomych, ja miałem we krwi pełno Merlota i Cabernet Sauvignon, i chciałem się po prostu położyć.

NIE.

To oczywiście może być cokolwiek. Samo mycie zębów. (Tak, tak KAŻDY z was robi to dwa razy dziennie, zawsze!). Albo nie rzucanie ubrań na ziemię. Albo sprzątanie ZAWSZE po odejściu od stołu. Albo inna czynność o której zapominacie, ale która jednak ma dla was jakąś wartość samą w sobie.

I wiecie co? Jak głupie by to się nie wydawało – po tygodniu nagle uwierzyłem w siebie. Wiem, że dla części z Was w tym momencie może wydawać się, że zgłupiałem do reszty, ale spróbujcie. Nie sądziłem, że konsekwentne wykonywanie jakiejś czynności, nawet tak błahej, może przynieść tyle siły wewnętrznej. A ona oczywiście powoduje, że potrafisz zwiększyć ciężar którym ćwiczysz :) A więc narzuciłem sobie kolejną rzecz. A później kolejną. Teraz mam ich więcej – i strasznie kręci mnie to, gdy je spełniam. Ej, nie jest tak, że się nie potykam. Że nie zapomnę, nie przegapię itp. To nic takiego. Czasem można.

A potem, po kilku miesiącach, gdy postanowiłem już, że jestem dostatecznie silny dojrzałem do decyzji o których już pisałem. Bo wiem, że nie jestem ułomny, może po prostu – z różnych przyczyn, miałem inny start i zacząłem z zerową samokontrolą. Może to geny, może wychowanie, nie mam pojęcia. I w sumie mnie to nie interesuje, jestem jaki jestem – nie wierzę w reinkarnację, więc nie mam co biadolić.

Zacznij od bardzo małej, prostej, powtarzalnej, ale mającej jakąś wartość dla ciebie sprawy. Ale też nie za małej, nie takiej, która zajmuje ci jedną sekundę.

I rób ją codziennie. Codziennie. Mam nadzieję, że zdziwisz się pozytywnie – jako i ja się zdziwiłem :) Nic nie cieszy tak bardzo, jak odzyskanie kontroli choćby nad częścią tego co robisz. No dobra, jest kilka spraw, które cieszą bardziej, ale… tak. To cieszy bardzo :)

P.S. Boli mnie to bardzo, ale muszę wyprzedzić fakty i napisać pewien disclaimer. Są spore szanse na to, że ktoś nie do końca skuma o czym jest ta notka i dumnie przyzna w komentarzach “e tam, ja to biorę prysznic trzy razy dziennie!”. Brawo. Zdobyłeś order z ziemniaka. Przeczytaj jeszcze raz. I znajdź coś dla siebie :)

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: