Podczas tegorocznego Blog Forum Gdańsk miałem przyjemność brać udział w panelu o prywatności w sieci. To dość ciekawy temat i już miesiąc wcześniej cieszyłem się, że będę mógł o tym pogadać, przygotowywałem się, WTEM prowadzący panel Paweł Tkaczyk zaskoczył mnie pytaniem. Pytaniem w sumie pokrewnym i równie ciekawym, a mianowicie o tym na ile w sieci zakładamy maski, a na ile jesteśmy sobą. Ile w nas autokreacji, a ile nas samych, prawdziwych. I o ile dyskusję o prywatności można zakończyć jednym zdaniem: “Każdy pokazuje w sieci tyle ile chce pokazać”, o tyle ten temat jest już o wiele bardziej skomplikowany.

W czasach anonimowości w sieci o wiele łatwiej było stworzyć swoje wirtualne “ja”. Na IRC-u (to taki archaiczny czat), czy usenecie (archaiczne grupy dyskusyjne), czy nawet forach dyskusyjnych, występowaliśmy pod nickami. Mogliśmy totalnie ukrywać się, nikt nie wiedział kim jesteśmy w rzeczywistości. Często było też tak jak w grach online – cichy i spokojny informatyk był w sieci drapieżnym lordem – to było jego alter ego i ucieleśnienie marzeń. Często właśnie takie ciche i spokojne osoby były w sieci agresywne i sporo flejmowały. Uwieńczeniem tej epoki był Second Life – masywny świat online w którym mogliśmy być kim zechcemy. Ale… rzeczywistość potoczyła się inaczej.

Dziś w dużej mierze działamy pod własnymi imionami i nazwiskami. Tak jest na Facebooku, czy Google Plus, nie mówiąc już o miejscach takich jak Linkedin. a wszelkie próby zaburzania tego są ścigane przez same serwisy. Trochę inaczej jest np na Dalekim Wschodzie, ale mówmy o naszym kręgu kulturowym.

A jak jest na blogach i vlogach / YouTube?

Kiedy blogi zaczynały wychodzić z pamiętniczków dla nastolatek, ukrywanie tożsamości blogera było czymś normalnym. Z tej epoki pochodzi chociażby kryjący swoją tożsamość Kominek, czy Kataryna. Mogło to następować właśnie z tych dwóch powodów – chęci ochrony prywatności lub chęci stworzenia alter ego. Dziś mam wrażenie, że mamy coraz mniej blogów tego typu – charakterystycznym elementem takich blogów jest nick piszącego w nazwie. Ja – Kominek, Ja – Kataryna, Ja – Matka Kurka. Kominek sam zdecydował o zdjęciu maski, Kataryna została niejako zdemaskowana. Dzisiaj rozeszło się to w zupełnie różnych kierunkach.

Porozmawiajmy więc o kreacji. O tym, czy online tworzymy kogoś innego niż jesteśmy, czy jesteśmy sobą. To nie ma nic wspólnego z prywatnością –  można mieć mało prywatności i mało kreacji (tak jest u mnie – jestem sobą, transmituję to do sieci na fejsie i Mikemary.pl), ale również dużo prywatności i mało kreacji – tak ma Natalia Hatalska. Jest sobą, nazwą bloga jest jej nazwisko, ale pilnie strzeże prywatności, to blog czysto ekspercki.

Spójrzmy więc na tych, którzy się najbardziej kreują. To Youtuberzy. Tam o wiele częściej mamy do czynienia z postaciami wykreowanymi. Cybermarian, Gimbus, czy Krzysztof Kanciarz to postaci zupełnie wykreowane, grane. Tylko… czy to źle? Oczywiście, że nie. Takie są założenia. A dyskusja na BFG szłą w tym kierunku, że każdy chciał udowadniać jak mało w nim kreacji. A to przecież niekoniecznie złe. Bardzo zabrakło mi tam głosy Krzyśka Gonciarza, który przecież całkiem świadomie stworzył dwie postacie, a oprócz tego w Zapytaj Beczkę, czy w filmach z podróży jest po prostu sobą.

I wiecie co? To jest chyba ta odmienność Youtube od blogów. W filmikach mamy zazwyczaj więcej kreacji i fabuły. Nie kojarzę – oprócz Maćka Budzicha – żadnych często szerowanych vlogów jako takich, czyli po prostu głów gadających na jakiś temat. Pewnie są, ale na pierwszy plan wybijają się raczej filmy z pewnymi założeniami o pewnym wykreowanym formacie i założeniach. Ba, nawet Zapytaj Beczkę, choć to nie kreacja jako taka, ma pewien format i założenia – widzowie zdziwiliby się chyba, gdyby nagle odbył się on w terenie i dotyczył gotowania, a nie odpowiadania na pytania. Na blogach chyba nie ma aż takiego problemu i łatwiej jest pisać o wszystkim. I przyznaję rację Abstrahujom, że vloger i Youtuber to nie to samo, w tym zakresie właśnie. Jeśli vloger to gadająca głowa, a youtuber to swoisty aktor, to rzeczywiście widzę różnicę.

Czy więc kreowanie innego JA jest w sieci czymś spoko? Dla mnie nie do końca i nie zawsze. Tu z pomocą przyszedł mi Włodek Markowicz, który powiedział, że “czym innym jest kreacja, a czym innym pozerstwo”. I tu chyba tkwi clou sprawy. Kreacja jest dobra, jeśli jest planowym zabiegiem, jeśli ma czemuś służyć. Nie popieram natomiast robienia z siebie w sieci kogoś zupełnie innego tylko po to, by stworzyć swoje lepsze ja, by podbudować swoje ego i pokazać się niczym w instagramowym filtrze. Owszem, wszyscy mniej lub bardziej to robimy. Dobieramy fotki na których wyglądamy szczupło i młodo, wrzucamy cytaty, których wcale nie znamy na pamięć i tak dalej. Sęk w tym, żebyśmy nie robili tego za bardzo.

Jednym z największych komplementów, które dostałem w życiu było zdanie pewnej osoby spotkanej po latach, na fejsie: “Ej, jesteś taki sam tutaj jak w rzeczywistości. I nic się nie zmieniłeś!” Tak więc kreuj się, jeśli robisz to świadomie i w określonym celu. To nic złego, to forma aktorstwa. Ale nie bądź pozerem. Takie jest przynajmniej moje zdanie :)

POGADAĆ NA TEN TEMAT MOŻEMY TU

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: