Wczoraj fejsowy wall wypełnił się filmikiem o autobusie. Smutnym autobusie. Zaciekawiony kliknąłem i obejrzałem. Aż do końca, co w moim wypadku jest trudne – zazwyczaj nie wytrzymuję przy co nudniejszych filmach (90%) w sieci. Pewnie tak jak większość osób, nie miałem pojęcia o co chodzi w filmie, aż do samego końca. Więc, żeby nie spoilerować wkleję go tu. Obejrzyjmy go jeszcze raz.

Obejrzałem i pomyślałem “zajebiste!”. A potem z dużym zdziwieniem zobaczyłem mnóstwo reakcji negatywnych. Bardzo negatywnych.

Oczywiście to jest tak, że nie wszystko musi podobać się wszystkim. Ale tu nie było krytyki wykonania samego filmu, bo wykonanie naprawde jest dobre. Przypomina troszkę (pewnie to było jedną z inspiracji) nowozelandzką kampanię “Dumb Ways to Die”. Otóż większość zarzutów dotyczy tego, że stary autobus w filmie jest tak sympatyczny, że w nim się zakochujemy. Że zamiast odstraszać od starych autobusów – wywołuje sympatię.

UGH. Zaraz. Naprawdę, naprawdę tego nie zrozumieliście? Naprawdę twórzy przestrzelili i zrobili film zbyt ambitny, aby go pojąć?

Nie lubię stawiać się na pozycji osoby tłumaczącej dowcipy, ironię, czy sens filmów, ale tym razem będę musiał to zrobić. Wy MACIE poczuć sympatię do tego autobusu. Macie się w nim zakochać. Macie czuć żal, gdy jedzie do szrotu. Macie chcieć, by motylek wyłączył maszynę.

Po to właśnie, by na końcu doznać szoku. Szoku, że bronicie gruchota, który wozi dzieci. Po to, by doszło do was, że tu nie ma miejsca ani czasu na mięciutkie uczucia. Nie pozwalamy, by taki gruchot woził nasze dzieciaki do szkoły, na wycieczkę, czy na obóz.

Nieważne, że jest taki fajny jak za naszych młodych lat. Nieważne, że prowadzi go miły Pan Staszek z zakręconym wąsem. Nieważne, że woził nas już rok i dwa lata temu. Nic nie jest ważne. Nie ma uczuć – bezpieczeństwo przede wszystkim.

Tak więc, najprawdopodobniej umknęła ci końcówka filmu. Albo w jakiś sposób nie chcesz jej do siebie dopuścić.

Obejrzyj to jeszcze raz. Ze zrozumieniem. Albo przekonaj mnie, że ten klip jest do niczego. Ale nie używając argumentu, że autobus jest zbyt sympatyczny. On MIAŁ być sympatyczny.

***

Post Scriptum

Jako, że wpis pobił rekordy popularności, i mnóstwo osób nie do końca zrozumiało o co mi chodziło, muszę – czego bardzo nie lubię – wytłumaczyć jeszcze raz pewną rzecz. Automatycznie zostałem postawiony w roli adwokata reklamy – świat internetowy to świat spolaryzowany i albo się jest za albo przeciw. A to nie tak.

Nie wiem czy ta reklama działa. Wy też nie wiecie. “Moi znajomi z fejsika” to dość słaba grupa odniesienia. Moim zdaniem spot nie jest zły, spełnia kilka wymogów o wiele lepiej niż inne kampanie społeczne – jest viralowy, wywołał dyskusję, wywołał emocję, na pewno zapadnie w pamięć. W tym wypadku naprawde drugo, trzeci i czwartoplanowe rozkminki nie mają zbytniego znaczenia. Wszelkie dyskusje o promowaniu eutanazji, o depresji – błagam. Możnaby tak analizowac użyte kolory nawet. Ale nie o to chodzi.

Ta notka mówi o jednym. Skoro idea spotu opiera się na wykształceniu sympatii do antagonisty, po to by na końcu pokazać widzowi, że się mylił, to trudno to zrobić… bez wykształcenia sympatii do antagonisty! Owszem, może na końcu twist był zbyt słaby, może powinno się mocniej pokazać “dobre” autobusy i “zły”, stary autobus. I tak dalej. Ale mnie chodzi przede wszystkim o to, że bez sensu jest czepiać się wykształcania sympatii do autobusu, skoro cała przewrotność spotu polega właśnie na tym. A ten motyw jest stary jak kino.

I właśnie O TO niezrozumienie mi chodziło.

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: