Home   /   Świat  /   Szmatomarketing
Szmatomarketing
Czas czytania: 4 minut (y)

Ci którzy znają mnie nie od dziś, wiedzą dobrze, że upstrzenie przestrzeni (pod)miejskiej różnorodnymi nośnikami reklamowymi i informacyjnymi jest czymś co drażni mnie wybitnie i nie raz do tego wracam.  Pisałem o tym nie raz i nie dwa, więc nie będe tu linkował, ani streszczał notek. Dlaczego więc wracam do tego tematu? Ano dlatego, że temat ciągle mnie boli. A poza tym postanowiłem przeprowadzić eksperyment. Ale zanim go opiszę, dwa mity które pojawiają się podczas różnorakich dyskusji na temat form outdoorowych w Polsce.

Otóż ja nie burzę się az tak bardzo na zwykłe formy outdoorowe (choć zdecydowanie jest ich za dużo), jak na szmaty wiszące na płotach. Wiecie, te wycinane plotterem albo drukowane solwentem bannery wszelkiego rodzaju przyozdabiające różnego rodzaju płoty i siatki przy wjazdach do miast i nie tylko. Wszechobecne. Wystarczy że zaczniecie na nie zwracać uwagę i zobaczycie je wszędzie. W sumie to dziwne, że można ich nie zauważać.

W każdym razie jechałem sobie ostatnio z Warszawy do Otwocka. Okolice Otwocka kocham szczególnie – to tam wychowała się moja Mama, to tam spędziłem lwią część dzieciństwa. To piękne, porośnięte sosnowym lasem okolice Warszawy. Miasteczko z całymi obszarami na terenie lasu – ulice, budynki i sklepy pośród sosnowego boru. Droga tam zawsze była bajeczna – w lecie słońce oświetla dywan z igieł sosonowych, jesienią widać pojedyncze drzewa liściaste które zmieniają kolory, a zimą – śnieżne czapy na wielkich sosnach i świerkach. Otóż ta magia trwała, trwała i… powoli umarła. Dlatego, że obecnie cała, calutka droga została pokryta wszelkiego rodzaju nośnikami.

I kiedy mówię pokryta to naprawdę mam na myśli pokryta. Wszystkie kolory, wszystkie fonty. Pstrokacizna przy której wymięka wszystko. Las sosnowy usunął się w tło, na pierwszym miejscu przydrożne płoty zamienione w jeden wielki nośnik reklamowy, brzydkie sklepy pokryte krzykliwymi bannerami i szyldami, wystawione przy drodze dachówki i kręgi betonowe z napisem SZAMBA SZCZELNE. To już nie jest magiczna droga przez las. To tani, brzydki bazar trzeciego świata.

Mit 1: Kolorowo znaczy ładnie

O gustach dyskutuje się ciężko. Więc ja nie będe w ten wątek wchodził głębiej. Filip Springer obwinia nasze upodobania do byle jakiej pstrokacizny małą ilością plastyki w szkole i ja się z nim trochę zgadzam. Chciałbym tylko zaprotestować przeciwko argumentowi który nie raz słyszę podczas dyskusji na temat reklam – „przynajmniej jest wesoło, bo kolorowo!”. Ludzie, czy wszystkie kolory na raz to lekarstwo na nijakość dnia codziennego? Czy taka pstrokacizna to rzeczywiście definicja piękna? Nie odpowiem wam na to, wiem natomiast że DLA MNIE tak nie jest. Uwielbiam zabawy kolorem, uwielbiam dobrze dobrane palety, prez wieki artyści wszelkiej maści pracowali nad odpowiednim doborem kolorów. Kolorystycznie dobiera się ubrania, projektuje budynki, tworzy witryny internetowe. Ale taka kolorystyczna sraczka ma być lekarstwem na bylejaką spuściznę PRL? Nie. Po prostu nie. Kolorowo NIE ZAWSZE znaczy ładnie. Szczególnie w tak eklektycznym wydaniu.

Mit 2: Ktoś przecież z tego żyje!

Kolejny mit to teoria według której wszelkie ograniczenia w tym zakresie spowodują bankructwa drukarzy i innych osób zajmujących się wydrukami tychże reklam i pseudoreklam. Nie chcę przeprowadzać tu kalkulacji, bo byłoby to niezmiernie skomplikowane, ale patrzę sobie na inne kraje w których jest mega schludnie – Szwecję, Norwegię, Niemcy, Szwajcarię, Austrię, Wielką Brytanię… kurcze prawdę mówiąc nie przypominam sobie nigdzie na zachodzie takiej feerii szmat reklamowych. Patrzę na te kraje i myślę, że branża DTP mimo wszystko tam istnieje. I ma się chyba dobrze. Nie przesadzajmy. A nawet jeśli ilość zamówień się zmniejszy… kurcze ja wszystko rozumiem, niestety każda zmiana wywołuje pewne kosekwencje. Kiedy zniesiono reklamy mocnego alkoholu na pewno też obroty agencji sie zmniejszyły. Kiedy w niektórych krajach zakazano reklam skierowanych do dzieci (rany, kiedy to wprowadzą u nas!) też jakoś to na rynek wpłynęło. W Szwajcarii TIR-y nie jeżdżą po drogach, to tez wywołało mnóstwo zmian w branży. Coś za coś.

Mit 3: To jest, bo świetnie działa

I dochodzimy do sedna. Słyszę też często, że „ty to siedzisz w internecie, nie wszyscy ludzie tam siedzą, trzeba trafić do nich gdzie indziej”. Serio? Czy to są reklamy skierowane tylko do emerytów? Do mieszkańców małych miasteczek? Do najbiedniejszych? Szybka analiza mijanych reklam pozwala ocenić, że to reklamy w dużej mierze do targetu bardzo, bardzo internetowego. Czy naprawdę ludzie jadąc po ulicy wyszukują usług? Czy może korzystają raczej z Google i jadą pod wskazany adres?

Nie wiem, może się mylę jeśli o to chodzi. Postanowiłem więc sprawdzić co innego. Postanowiłem policzyć te reklamy.

W drodze z Otwocka do Warszawy wyjąłem smartfona i postanowiłem spisywać wszystkie nośniki które mijam. Outdoory, szmaty na płotach, dykty, tablice wszelakie, szyldy i inne tego typu informacje. Zatrzymałem się z liczeniem przy rondzie gdzie Wał Miedzeszyński łączy się z Traktem Lubelskim – po prostu dalej nie byłbym już w stanie wszystkiego zliczyć (choć i tak prosiłem żonę, żeby jechała dość wolno, cobym nadążył z liczeniem). W sumie 13 kilometrów, wcale nie przez centrum miasta. Wręcz przeciwnie – droga biegnąca leśnymi przedmieściami Warszawy, następnie Józefów i Otwock. Wśród lasów.

2000 reklam.

DWA TYSIĄCE.

Nie pomyliłem się. Jeśli już – to na minus, pewnie coś mi umknęło.

Dwa tysiące komunikatów które mam zobaczyć. Nie byłem w stanie ich nawet dobrze policzyć. A co dopiero przeczytać, czy w jakikolwiek sposób zostać przez nie „kupiony”. A jechałem jako pasażer i skupiałem się tylko na tym. A co jeśli jade jako kierowca?

To absurd i mit. Bzdura. Skuteczność praktycznie zerowa. Bombardujemy reklamodawców ilościami osób które dziennie stykają się z nośnikiem, a to przecież absurd. Albo bezmyślnie zasrywamy cały parkan szmatami z nazwami naszej firmy i dokładnym opisem naszej działalności, licząc na to że to na pewno go skusi. Tymczasem po prostu dokładamy się do tego kalejdoskopu kiczu. Nie, to nie działa.

***

Nie wierzę w to, że biznes sam to ogarnie. Muszą nastąpić pewne odgórne regulacje. Tak, wierzę, że może być tak ładnie jak na mitycznym „zachodzie”. Tam też ludzie trafiają do punktów usługowych. A może być ładnie. Taka ilość wszelkiego rodzaju napisów i innych tekstowych komunikatów w przestrzeni jest po prostu nienormalna.

Dwa tysiące na odcinku 13 kilometrów.

Handluj z tym.



Cześć :) Spodobało się? Zostaw lajka (powyżej). Chcesz zostać na dłużej? Polub strony (poniżej)

Podobne
  • Weronika
  • schizoafekt

    kolejny inteligent, który uważa, ze urzędniczyna coś załatwi:) U mnie w mieście załatwili – dzielnicę historyczną na terenie, gdzie czterdzieści lat temu bagno sąsiadowało z lasem. Za karę za pracę poddanych w godzinach ogłoszonych na tablicy konsultacji społecznych dotyczących zagospodarowania przestrzennego. Z kolei w mieście obok załatwili karę od ONZ za zgodę na zbudowanie wieżowca niekomponującego się ze Starówką wybudowaną po wojnie.

    p.s. bieżący urzędnicy są głównie z rozdania partii, których przedstawiciele przypominają o wyborach kilkanaście miesięcy po wyborach. A samo zwalczanie szmatomarketingu politycznego jest nielegalne nawet na własnej posesji. Handluj z ustrojem:)
    p.p.s. większość urzędników w tym kraju pochodzi z partii, której posła widziałem własnoręcznie ozdabiającego wszystkie znaki jak leci. Ile znaków mieści się na kilometrze drogi?

    • „Inteligent”. Całkiem fajna obelga.

      • oneoneeleven

        Zwykły troll z Piaseczna, Można go skasować 🙂 Nawet prawdy nie pisze, Na warszawskim Starym Mieście (bo to miał na myśli pisząc o starówce), żadnej kary nie ma za zgodę na biurowiec i nie będzie.

  • Gdyby ktoś mi powiedział „przynajmniej jest kolorowo” w odniesieniu do tych wszystkich banerów i reklam nasranych gdzie tylko się da, to chyba bym go wyśmiała. Też potwornie mnie to denerwuje i ciężko mi nie zauważać jak wstrętnie to wszystko wygląda.

  • kokoroko

    dokładnie. mam szmatoportfolio, którym mogę się pochwalić szmatozleceniodawcą. I ciągle szmatopoziom w tym kraju zamiast podnosić jakość, oryginalność i wizerunek. A takto szmatobazar dla szmatoprostaków.