Udało mi się wreszcie przebrnąć przez najnowszą książkę Tomka “Kominka” Tomczyka – “Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj”. Przebrnąć, nie dlatego że ciężko się ją czyta, raczej dlatego, że ostatnio zostaje mi bardzo mało czasu na czytanie książek (niestety).

Ale do ad remu. Czytając książkę mówiłem sobie w głowie trzy rzeczy:

  1. TAK, TAK!
  2. FUCK!
  3. Dzięki!

Ale najpierw łyżka dziegciu, coby nie było że słodko i lizanie się po jajkach. Nie zawsze zgadzam się z Tomkiem. I to też wyszło przy okazji czytania tej lektury. Po pierwsze uważam, że trochę upraszcza cel istnienia blogów, tak jakby zostanie zarabiającą na blogach osobą było zawsze sensem zakładania bloga. Pozostali blogerzy nazywani są “niedzielnymi blogerami”, co nie jest do końca pozytywnym określeniem :) Ja porównuję to zawsze do piłki nożnej. Można spokojnie grać w nią i czerpać z tego przyjemność, zupełnie nie myśląc o tym, że chcemy dostać się do jakiejkolwiek ligi. Niekoniecznie co niedzielę na podwórku, można mieć nawet klub w którym gramy po pracy. Po prostu można czerpać przyjemność z gry, robić to dla polepszenia kondycji, czy odstresowania się.

Choć jednocześnie nie ma sensu hejtować tych z ekstraklasy i mówić, że “grają dla kasy”, albo “nie rozumieją prawdziwej gry” (taka aluzja do niektórych małych blogerów) To przecież absurd :)

Mam też wrażenie, że Tomek dość mocno krytykuje tzw “branżunię” socialową – oczywiście nie bez powodu, ale przypomina mi to dokładnie to co robi część branżuni, czyli hejtowanie blogerów. Dla mnie to trochę bez sensu – hejty w oba kierunki zawierają zawsze dużo ekstrapolacji i wyolbrzymień. Jest mnóstwo gównianych agencji i sporo dobrych. Jest mnóstwo blogerów piszących na poziomie podstawówki, jest też sporo bardzo dobrych. Nie zgadzam się też z bagatelizowaniem kryzysów w social media i kilkoma innymi sprawami, ale nie chcę tego tu rozwijać.

Dlaczego? Dlatego, że pomyślicie jeszcze że to zła książka. A to nieprawda. Bo to rzeczywiście książka bardzo dobra. Serio.

Czytając ją przez zdecydowaną większość czasu  mówiłem sobie: “tak, TAK, T A K!”.  Czułem się jakby Tomek wszedł do mojej głowy i pisał to co myślę, to o czym piszę na blogu, czy chcę napisać, ale sobie tego jeszcze niepoukładałem.

Parę razy aż zakłąłem “FUCK!” gdyż przeczytałem swoje myśli które spisuję pod kątem książki którą zamierzam niebawem napisać :) A to – będę nieskromny, bo przeciez blogerzy mają rozbudowane ego – oznacza, że książka musi być dobra, skoro tak bardzo się z nią zgadzam :)

Kiedy Tomek pisze o tym, że bloger z założenia jest subiektywny, kiedy pisze o tym czy współpraca z marką musi oznaczać brak rzetelności (i porównuje to z dziennikarzami), kiedy pisze o banowaniu i tworzeniu społeczności, o hejterach i wielu innych sprawach to nie pozostaje mi nic innego jak życzyć sobie, żeby tę książkę przeczytało jak najwięcej osób.

Wiele rozdziałów z tej książki to krótkie poradniki. Takie z których ja sam sporo wyniosłem – to krótkie wypunktowane listy mówiące młodym blogerom i blogerkom jak zachowywać się przed kamerą, jak gadać z dziennikarzami, czy występować w radio. Jest też wiele łajania słabych praktyk takich jak “zakładam bloga i od razu żebram po firmach o gifty”. Tak, to też bardzo, bardzo przydatne.

Podziękować natomiast muszę za poradnik dla firm i agencji – dzięki niemu moje szkolenia ze współpracy z blogerami wzbogacą się, dawno miałem je zupgrade’ować, teraz mam ku temu kopa, bo mam sporo przemyśleń po lekturze tego rozdziału :D

Choć tu też trochę niezgody – agencje są i będa potrzebne, nie zgadzam się z bagatelizowaniem ich roli. Bloger mimo wszystko pozostaje blogerem – specjalistą od PISANIA. Nie ogarnie on tajników marketingu w pół roku, czy nawet w rok. Bo skąd? Prędzej marketer nauczy się zasad rządzących blogosferą, ale on też tego nie zrobi, bo… zazwyczaj nie ma na to czasu. Dlatego to dobre agencje będa tworzyły dobre strategie digitalowe dla firm – tak będzie jeszcze długo, chyba że to w firmach pojawią się osoby znające się zarówno na marketingu jak i na specyfice współpracy z liderami opinii. Ale nie będe tego tutaj rozwijał.

Reasumując – jeśli przyzwyczaisz się do stylu Kominka mocno nacechowanego jego ego oraz do czasem dość nisko latających kwantyfikatorów, to książka zawiera bardzo dużo przydatnej wiedzy. Czasem może oczywistej, choć… nie, patrzę sobie na to co się dzieje i uznaję, że to wcale nie jest tak oczywiste. Polecam ją na pewno początkującym blogerom, osobom próbującym to zjawisko zgłębić, a także przedstawicielom agencji i firm, którzy chcą nową rzeczywistość zrozumieć.

P.S. Co, po tytule spodziewałeś się większej zjebki i jesteś zawiedziony? Ojojoj :>

P.S.S. Muszę to napisać. Jest bardzo, bardzo prawdopodobne, że w komentarzach pod tym tekstem, albo gdzieś na fejsie pojawią się wycieczki pod adresem Kominka. To całkiem normalne. Od mojego “ulubionego” lansu na ignorancję (kto to jest Kominek?) po krytykowanie innych rzeczy. Zazwyczaj przez osoby, które nie przeczytały żadnej jego notki, lub przeczytały jedną, dawno temu.

Nie, to nie jest notka o Kominku. To notka o tej książce. Ogarnij to. Więc mało obchodzi mnie twoja opinia o Tomku, sorry :)

Podziel się!

Udostępnij notkę znajomym: