Home   /   Świat  /   Dresiarze vs hipsterzy
Dresiarze vs hipsterzy
Czas czytania: 7 minut (y)

Mam pewną teorię. Ale żeby do niej dojść będziecie musieli przebić się przez całe wprowadzenie, które uprzedzam – będzie długie. Będziemy musieli cofnąć się do początku lat 90tych. Samego początku. To własnie wtedy siostra moja poznała pewnego jegomościa który w niedługim czasie miał stać się jej wybrankiem. Całe szczeście – chwilowym. Gość był całkiem miły i nieskomplikowany, ale odznaczał się jedną rzeczą której do końca nie rozumiałem. Otóż zakładał dres na dyskotekę.

Nie, nie imprezowy dres Adidasa noszony później tłumnie na wszelkich imprezach, tylko zwykłego szarego bawełniaka, prawdę mówiąc takiego jakiego dziś, AD 2011 ja sam bym się nie powstydził. Ale wtedy sama idea zakładania dresiwa na dyskotekę wydawała mi się co najmniej dziwna. Podczas gdy ja wciskałem się w moje ukochane blue jeans, dobierałem gustowny tshircik mający mi zapewnić rwanie i polerowałem włosy za pomoca Vidal Sasoon Wash and Go, wspomniany kolega po prostu wkładał dres. Wtedy jeszcze nie miałem prawa tego wiedzieć, ale fakt był jasny – to on był prawdziwą forpocztą dresiarstwa.

A to ścierwo rozprzestrzeniło się dość szybko. Tu gdzie mieszkam, czyli po warszawskiej, prawej stronie Wisły, gleba była wyjątkowo żyzna. Ni istąd ni zowąd zaczęły wyrastać hordy gości łażących na codzień w dresach – oczywiście nie we wspomnianych bawełniakach, a w gustownych różnokolorowych szelestach. A ja ze swoim spóźnionym nastoletnim buntem nie potrafiłem się tu odnaleźć. I próbowałem z wrodzoną sobie skłonnością do porządkowania rzeczywistości ogarnąć zjawisko. Nie potrafiłem.

Dresiarstwo to stan umysłu. To nie sam dres rzecz jasna. To też nie subkultura. I tego pojąć chyba najbardziej nie mogłem. Mój umysł funkcjonował jeszcze w realiach lat 80tych a raczej przełomu 80/90. Wtedy wszystko było jasne i proste. Byli skinheadzi, byli punkowie, byli Psycho, byli Depeszowcy, byli Metale i inni. Wszyscy rozpoznawalni dress codem, wszyscy przyznający się do swojej przynależności, ba, gotowi za nią oddać życie. Naszywki, kolory sznurówek, muzyka. Rzeczywistość uporządkowana do bólu.

Dresiarz nigdy by o sobie tak nie powiedział. Choć rozpoznałbym go na kilometr. Dres, albo jasne dżinsy, obowiązkowo z paskiem, koszula w spodniach. Czasem skóra, mogła być założona do spodni od dresu, czemu nie. Sportowe obuwie. Żel. Potem powoli ogolone głowy. Kult ciała, siłownia. Samochody. Komórki. Proste tematy. Koniecznie rodzina na wsi, lato gdzieś pod miastem, muzyka z głośników samochodowych. Browar. Piłka nożna. Złoty łańcuszek, krzyżyk lub medalik. Agresja rzecz jasna. Szalik, piłka nożna – to chyba jasne. Samochody? Stuningowany maluch, polonez, fiat. Z czasem lepsze fury, może stara beemka, najlepiej niemiec. Może stary golf? Marzenie to Audi lub Merol. Subwoofer. Spoiler. Podświetlone podwozie.

Największy wróg? Psiarnia rzecz jasna. Miałem swego czasu teorię, że każdy dres albo kradł albo zna kogoś kto kradnie. Nie było możliwości, żeby na dresiarskiej imprezie nie było choć jednej osoby mającej zatarg z prawem. Daję sobie uciąć głowę.

I kobiety. Oczywiście kobiety. Puste, tlenione, usmażone na solarium. Dzisiaj przecież wszyscy to wiemy, ale wtedy w drugiej połowie lat 90tych, powoli ogarniałem zjawisko i próbowałem to opisać, ocenić. Przeadny makijaż, złoty łańcuszek zamiast paska w spodniach. Musowo obcisłych dżinsach, lub legginsach spod których niczem proca wystawały stringi. Szpilki. Plastik i tandeta. Tandeta i małomiasteczkowość.

Nikt z dresiarzy nie przyznałby się do bycia dresiarzem. Bo pojęcie to dla nich rzecz jasna nie istnieje. To reszta ludzi jest inna. „Profesorki” chodzące do liceów (tak, wtedy nie wszyscy tam chodzili), czuchry (dziewczyny nie malujące się i noszące – o zgrozo – glany i tshirty) czy inni niepakujący słabeusze. Pogarda.

Muzyka? Bardziej agrarne odłamy to oczywiście disco-polo, ci którzy czuli się miejscy – dens lub później hiphop (choć to zahaczało bardziej o tych którzy płynnie przechodzili w grupę zwaną przeze mnie dresoskejtami).

Dresiarze wsiąkli w nasze społeczeństwo i stali się jego immanentnym składnikiem. Dziś zna ich każdy. Choć mam wrażenie zeszli nieco z mainstreamu. Poznikały ich wielkie skupiska typu Colloseum w Warszawie, nie ma ich tyle co kiedyś nad polskim morzem – to dlatego przestałem tam swego czasu jeździć. Krynica Morska, czy Jastrzębia Góra były nimi wypełnione. Ale to nie znaczy że ich nie ma – wystarczy pójść na dowolną siłownię…

Mijały lata. Próbowałem się jakoś odnaleźć w tej nowej bezsubkulturowo-internetowej rzeczywistości. Po ziemi szwendały się jeszcze resztki punków (punx not dead!) czy metale którzy nie wyginą chyba nigdy (i dobrze!). Miasta zaczynały stawać się coraz bardziej miejskie, internet rozpoczął proces nieodwracalnej globalizacji, a wejście do UE i otwarcie granic spowodowało, że na ulicy zacząłem słyszeć obce języki.

I wtedy pojawili się oni – hipsterzy. Najpierw powoli, jak żółw ociężale, pojedyncze jednostki, dziwnie ubrane, mocno miejskie, alternatywne, wyalienowane, ironiczne. Powoli, po cichu. Trochę ich szukałem w mojej ucieczce od agrarnej dresiarskiej siermiężności. Widziałem gości z brodami, w koszulach w kratę, już u schyłku zeszłej dekady i czułem z nimi jakąś duchową więź. Potem uderzyli z całym impetem którego próbowali uniknąć, pojawili się w mediach, w czasopismach, w telewizji, w reportażach. Artykuły o tym czy twoje dziecko jest hipsterem, filmiki ośmieszające freaków z Placu Zbawiciela, czy wreszcie setki fanpejdży. Są podobnie jak dresiarze – do końca niedefiniowalni. Jedni bliżsi, drudzy dalsi biegunowi, jedni totalnie wyfreakowani, inni po prostu mocno miejscy, zapuszczeni, jeżdżący na longboardzie, czujący rytm miasta. Nie sposób zjawiska nie zauważyć.

I to właśnie w miejscach które sobie upatrzyli powstała moja teoria. Najpierw w Warszawie Powiślu. Powiem szczerze – nie fascynuję się az tak bardzo tym miejscem. Zawsze brakuje tam miejsc, w sumie jest tam kilka stolików na krzyż. Muzyka – różnie z tym bywa, patrole policji co jakiś czas sprawdzają czy nie wyszło się z obrębu ogródka. Ale jest spokojnie, wyczilowanie, miejsko. I wtedy nagle dziura w rzeczywistości. Kilkudziesięciu kibiców wraca z meczu. Powiśle zamiera, chillout cichnie, ludzie zastygają nad swoimi kubkami z piwem. Powietrze przecina krzyk z dziesiątek gardeł. LEGIAAA! Szaliki w powietrzu, naprężone sylwetki, testosteron w powietrzu. Przechodza obok, rzucą pogardliwym spojrzeniem, wejdą po schodach na dworzec PKP. Sekunda ciszy i wszystko wraca do normy. Absurdalna przerwa w błogim chilloucie dobiega końca. Miasto dalej żyje swoim rytmem, światła samochodów leniwie mijają powiśle, ludzie sączą piwo i gadają o projektach na jutro, albo o zawartości swoich iPodów.

Charlotte, nieco później. Schody wypełnione hipsterami i miłośnikami dobrego taniego wina i bagietek. Ciepło, błogo, kolumny nadają temu miejscu trochę absurdalnego, klasycystycznego charakteru. Feeria kraciastych koszul i innych bardziej OFFowych kreacji które wejda do mainstreamu za 5 lat. Niedbale oparte o kolumny ostre koła, ktoś z jack russelem na smyczy (too mainstream!), ktoś z longboardem. I tam właśnie w środku tłumu – dresiarz. Na wdechu, agresor, na ciele oddychająca koszulka z Decathlonu opinająca się na mozolnie rzeźbionym bicepsie i pectoralu. Groteska wśród wychudzonych hipsterów.

Potrącam go niechcący łokciem mówiąc akurat „KUR…” do któregoś z moich kumpli. Ten zrywa się na równe nogi plując mi w twarz: „CO KUUUR…?”. Uspokajam go, adrenalina mu lekko opada, udaje się zażegnać konflikt. Uspokajam się, i dumam nad absurdem sytuacji. Chwile później gość myli wejście i zamiast do Planu B po refill browaru wchodzi Charlotte („EJ KURWA JAKA FAZA POJEBAŁY MI SIĘ DRZWI WCHODZĘ OBOK A TAM KURWA WINO I CHLEB JA JEBIE HAHAHAHA”).

Dresiarze. Hipsterzy. Metasubkultury przełomu „noughties” i lat dziesiątych. Niedefinujący siebie, uważający się po prostu za normalnych ludzi. Gardzący innymi. Rozstrzeleni na osi – od prawdziwych wyznawców do zwykłych everymanów. I co najwazniejsze – leżący na tej osi na przeciwległych biegunach.

Hipsterzy równoważą dresiarzy we wszechświecie. Pomagają mu zachować druidzką równowagę. Przepraszam, jeśli spodziewałeś się bardziej błyskotliwej teorii. Ale oto ona. W całej swej okazałości.

Dresiarze – pierwiastek agrarny i przedmiejski. Żyjący łykendem na kocyku, z browarem, na gliniankach pod miastem. Hipsterzy panikujący w autobusie podmiejskim (gdzie jest miasto??), uwielbiający zapach rozgrzanego asfaltu i oddech miasta. Jedni napakowani do granic możliwości, zapatrzeni w naszprycowanych koksem freaków, drudzy wychudzeni i przygarbieni. Jedni ogoleni do granic możliwości, nabłyszczeni, świecący. Drudzy zarośnięci. I tak dalej, różnic mógłbym wymieniać mnóstwo. Każdy i tak pewnie czuje o co chodzi, trudno nie czuć.

Pomiędzy nimi – wszechświat. My, zwykli ludzie. Odnoszący się do nich w ten czy inny sposób, dążący, naśladujący.

Hipsterzy – cieszę się, że jesteście. Choć nie wiem do kogo mówię, przecież żaden z was tak się nie nazwie. Cieszę się, że równoważycie ten agrarny element który zalągł się w naszych miastach, że jesteście tak daleko od święcących pomarańczową podeszwą białych Nikeów do biegania i dresów z gumką podciągniętych do połowy łydki – tak aby było widać białe skarpetki z łyżwą.

Cieszę się, że miasto należy do was – pewnie nigdy nie będe jednym z was – I’m to fat/old to be a hipster. Ale będe kręcił się w okolicy, będę się do was odnosił, będę zawsze bliżej właśnie tego bieguna. Jestem z miasta.

Będę z was czasem szydził – ale szydzę i tak ze wszystkiego. Niektórzy z was rzeczywiście są niezłym obiektem do szydzenia – co zrobić.

Ale będę szydził też z dresiarzy, choć to przecież robi i tak każdy rozumny od tak dawna, że stało się to nudne. Nadal śmieszą kwadratowe ruchy, przepakowane bicepsy i krok w stylu „chodzę tak aby przy każdym kroku odkleić jajko od uda”. Ręka z komórką trzymana pod kątem prostym i krzyknięte głośno HALO! Tępe suki w mocnym makijażu które oddają torebki do noszenia swoim „misiom”. To będzie śmieszyło, choć jest już nudne.

Śmieję się z was, ale cieszę się że istniejecie. Że tworzycie metro-tkankę miasta. Że równoważycie skórę, furę i komórę. Że swoją ironią zabijacie jęki przepakowanych dresów na siłowni. Zapewniliście równowagę wszechświatu. Amen.



Cześć :) Spodobało się? Zostaw lajka (powyżej). Chcesz zostać na dłużej? Polub strony (poniżej)

Tags

Podobne